- Pozwalałeś na to. - Nie potrafił tego zrozumieć... nie. Rozumiał to. Bo niestety rozumiał Edwarda. Jego dumę, jego żelazny charakter. Miał w sobie miękkość i miłość do niego, ale one były obecne tylko wtedy, kiedy mężczyzna miał wszystko pod swoją kontrolą. Zupełnie nie przyjmował do świadomości, że mógł się mylić, że mógł coś robić źle. Czy naprawdę mieli jednak rozmawiać o tym tu i teraz? W atrium? Był w drodze do stajni, żeby wrócić do domu ze swoimi pakunkami, żeby tam odpocząć. Czy by odpocząć potrafił? Niekoniecznie. Sen stawał się jakimś bardzo odległym omamem, jakąś niedoścignioną ideą w jego głowie. Wszystko powoli go straszyło, wszystko stawało się wrogiem, każdy cień wzrastał. Paranoja? Nie. Może. Chyba. Nie wiem? Dni były po prostu długie i ciężkie, chociaż, dzięki bogom, nie brakowało w nich słodyczy i chwil dobrych, które rozjaśniałyby ten świat. Nie zamierzał komentować tego, na co było za późno dla Florence, prędzej mógłby powiedzieć, że to dla niego było za późno - dla Edwarda. Aczkolwiek nie potrafiłby. Pozbyć się swoich pragnień i pomyśleć, że naprawdę już nie wierzy w ojca, albo że go nie potrzebuje. Och, rany... chciał nie potrzebować. Chciał nie potrzebować nikogo, być silny na tyle, żeby sobie radzić, ale przy tym wcale nikogo nie odpychać. Po prostu mieć siłę do walki ze wszystkim, co przed nim stanie. Edward miał rację, że nerwy go pożerały i miał niesympatyczny, waleczny ton. Tymczasem Edward wjeżdżał z bardzo niska. Tylko co z tego, skoro było w nim ciągle przekonanie o swojej racji i nieomylności? Rozumiał więc Edwarda, ale nie potrafił zaakceptować tego, że można kogoś tak potraktować, kogoś bliskiego. Ta, jak zrobił to on. Nie mieściło mu się to w głowie i miał jakiś syndrom wyparcia, kiedy nie chciał ciągle (i nie mógł) uwierzyć w to, co się tam stało.
- Możemy porozmawiać. Mogę zostać do jutra. I tylko do jutra. - Chociaż nie widział sensu w rozmawianiu. O czym rozmawiać. Po co w ogóle rozmawiać. Żeby wszystko skończyło się tak, jak ostatnim razem? - Nie oddajesz mnie w ręce żadnego mordercy. Nie będę sam, będę miał ochronę. Zresztą i tak zamierzam się przeprowadzić. Musisz mi pozwolić żyć moim życiem. Rozumiesz? - Puścił walizkę. Bo jeśli jutro Edward nie pozwoli mu się spakować to po prostu nie wróci po swoje rzeczy. Na biednego nie trafiło, poradzi sobie bez kilku ulubionych rzeczy. Najwyżej poprosi o przeszycie ich na nowo. Jego ton nie brzmiał jednak tak twardo, jakby chciał, żeby brzmiał. Tak zdecydowanie, jak sobie to wyobrażał, że będzie. To jednosłowne pytanie wypowiedział prawie że prosząco. W zasadzie Edward nie musiał nawet tego zrozumieć, byle tylko zaakceptował. - Nie czuję się tu dobrze. To miejsce źle na mnie działa. - Przygniatało go i przytłaczało. Miało w sobie za dużo złych wspomnień.
- Przykro mi wyciągać ci łuski z oczu, ale tak, udusiłbym się. Dlatego poprosiłem Florence o pomoc. Ponieważ nie mogłem oddychać. Ale dla ciebie ważniejsze było postawienie na swoim. - Dotyk Edwarda nagle był przy tym niekomfortowy. Spróbował się trochę od niego odsunąć. - Jak mogłeś mnie po tym wszystkim unikać... - Głos mu się lekko załamał przy ostatnich słowach, ale postarał się zaraz spiąć z powrotem w pion.