25.11.2023, 13:02 ✶
Rodolphus uśmiechnął się, splatając ze sobą dłonie na kolanie. Chwilę obserwował Nicholasa, uważnie lustrując to, jak zmienia się jego podejście do niego samego. Nie chciał wywrzeć takiego wrażenia - szanował go. Z tego co dowiedział się o Yaxleyu, był podobny do nich. Pracowity, uporządkowany. Oddany sprawie, szedł do celu, czasem podejmując decyzje, które trzeba było podjąć mimo iż były trudne. Nie określiłby go mianem tchórza czy osoby, która idzie na łatwiznę. Wręcz przeciwnie: był ambitny, a to Rodolphus cenił w ludziach chyba najbardziej.
- Nie zwykłem rozmawiać o prywatnych sprawach innych osób, Nicholasie. Tak rodzą się plotki. A to, co powiedział mi Robert, zostało wypowiedziane poza murami Ministerstwa, należy więc rozmowę zaliczyć do tych prywatnych - nie pozwolił wciągnąć się w tę grę, mimo że na samą myśl o tym, co mogliby osiągnąć we trójkę, czuł przyjemny dreszcz ekscytacji, biegnący wzdłuż kręgosłupa. Po pierwsze: wiedział, że Robert urwałby mu głowę, gdyby Lestrange tylko pisnął chociaż słowo o tamtej rozmowie czy zdradził jej przebieg. I tak powiedział więcej, niż powinien, bezczelnie i bez skrupułów wykorzystując znajomość z Robertem do własnych celów. Ale nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia - po to razem pracowali. Szanował i cenił Roberta, jego wkład w rozwój nauki, wiedział też, że musiał zrobić to, co musiał i jak się teraz z tym czuje. To on, nie nikt inny, zadał sobie trud by jeszcze lata temu skontaktować się z Mulciberem, mimo iż ten od początku go skutecznie ignorował. Ale wierzył, że połączy ich nić porozumienia. Nie odczuwał do Roberta sympatii, tak jak nie czuł jej do Nicholasa. Mieli jednak wspólny cel i podobne podejście do tematu, a za to należał się szacunek. No i po drugie: gdyby ktoś się dowiedział nad czym obecnie z Robertem pracują, przyszyliby mu tę głowę i oderwali raz jeszcze, dla pewności przebijając serce kołkiem. Im mniej osób o tym wie, tym lepiej. Dowiedzą się we właściwym czasie.- W takim razie potraktuję tę sprawę priorytetowo i zwrócę ci dokumenty do rąk własnych.
Rodolphus wstał, chwytając teczkę w dłoń. Obdarzył Yaxleya zaciekawionym spojrzeniem. Wolną dłonią oparł się o jego biurko, nachylił lekko i wbił w mężczyznę świdrujące spojrzenie.
- Mam nadzieję, że ta mała pomoc pozostanie między nami? Nie chciałbym, by ktoś żerował na waszych badaniach. Poza mną, oczywiście, skoro już schowałem dumę w kieszeń i przyszedłem prosić o pomoc - jego spojrzenie na moment złagodniało, a w stalowych oczach na chwilę pojawiły się iskierki rozbawienia. To, że miał kij w dupie nie znaczy, że zakłamywał rzeczywistość go otaczającą. - Możesz na mnie liczyć, Nicholasie. Jeżeli czegoś byś potrzebował, wiesz gdzie mnie szukać. Pewne rzeczy muszą pozostać zakopane pod ziemią, żeby nie dostały się w niepowołane ręce i jestem osobą, która to rozumie.
Powiedział na koniec nieco enigmatycznie, prostując się i zabierając rękę z biurka. Drażnił go zapach kawy, wydobywający się z pustego kubka Yaxleya.
- Chyba że potrzebujesz czegoś ode mnie teraz?
- Nie zwykłem rozmawiać o prywatnych sprawach innych osób, Nicholasie. Tak rodzą się plotki. A to, co powiedział mi Robert, zostało wypowiedziane poza murami Ministerstwa, należy więc rozmowę zaliczyć do tych prywatnych - nie pozwolił wciągnąć się w tę grę, mimo że na samą myśl o tym, co mogliby osiągnąć we trójkę, czuł przyjemny dreszcz ekscytacji, biegnący wzdłuż kręgosłupa. Po pierwsze: wiedział, że Robert urwałby mu głowę, gdyby Lestrange tylko pisnął chociaż słowo o tamtej rozmowie czy zdradził jej przebieg. I tak powiedział więcej, niż powinien, bezczelnie i bez skrupułów wykorzystując znajomość z Robertem do własnych celów. Ale nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia - po to razem pracowali. Szanował i cenił Roberta, jego wkład w rozwój nauki, wiedział też, że musiał zrobić to, co musiał i jak się teraz z tym czuje. To on, nie nikt inny, zadał sobie trud by jeszcze lata temu skontaktować się z Mulciberem, mimo iż ten od początku go skutecznie ignorował. Ale wierzył, że połączy ich nić porozumienia. Nie odczuwał do Roberta sympatii, tak jak nie czuł jej do Nicholasa. Mieli jednak wspólny cel i podobne podejście do tematu, a za to należał się szacunek. No i po drugie: gdyby ktoś się dowiedział nad czym obecnie z Robertem pracują, przyszyliby mu tę głowę i oderwali raz jeszcze, dla pewności przebijając serce kołkiem. Im mniej osób o tym wie, tym lepiej. Dowiedzą się we właściwym czasie.- W takim razie potraktuję tę sprawę priorytetowo i zwrócę ci dokumenty do rąk własnych.
Rodolphus wstał, chwytając teczkę w dłoń. Obdarzył Yaxleya zaciekawionym spojrzeniem. Wolną dłonią oparł się o jego biurko, nachylił lekko i wbił w mężczyznę świdrujące spojrzenie.
- Mam nadzieję, że ta mała pomoc pozostanie między nami? Nie chciałbym, by ktoś żerował na waszych badaniach. Poza mną, oczywiście, skoro już schowałem dumę w kieszeń i przyszedłem prosić o pomoc - jego spojrzenie na moment złagodniało, a w stalowych oczach na chwilę pojawiły się iskierki rozbawienia. To, że miał kij w dupie nie znaczy, że zakłamywał rzeczywistość go otaczającą. - Możesz na mnie liczyć, Nicholasie. Jeżeli czegoś byś potrzebował, wiesz gdzie mnie szukać. Pewne rzeczy muszą pozostać zakopane pod ziemią, żeby nie dostały się w niepowołane ręce i jestem osobą, która to rozumie.
Powiedział na koniec nieco enigmatycznie, prostując się i zabierając rękę z biurka. Drażnił go zapach kawy, wydobywający się z pustego kubka Yaxleya.
- Chyba że potrzebujesz czegoś ode mnie teraz?