Wprost proporcjonalnie do jego irytacji, rosła również jej, rozrastając się między meandrami umysłu, w sferach, do których na ogół nie miała dostępu. Wiedziała, iż Billy nie był właściwą personą do lokowania wszelkich emocji, w pewien sposób jednak ciągnęło ją mętnie do tej nuty niebezpieczeństwa, które niosła za sobą znajomość z nim; a przecież Effimery nigdy nie była nęcona przez niebezpieczeństwo. Ach, ależ szalenie w niej coś drgnęło, zupełnie, jakby sobą nie była. Musiała przyznać przed samą sobą, że poza żywym zmartwieniem, które odcisnęło się piętnem na wątłym umyśle, coś niebywale ekscytującego zrodziło się pod pergaminem powiek, które przymknęła na moment, porządkując utkane w niebyt myśli.
Była w końcu wrażliwa w całym swoim jestestwie; mimo wszystko tętniła żywo chęcią obdarowania miłością absolutną większość osób, wokół których orbitowała – zaczynając od Alastora, na przeklętym Fletcherze kończąc. Prawdopodobnie dlatego czyste przejęcie odmalowało się na jej obliczu, gdy ponownie otwierała oczy, ogniskując uporczywe iskry błyskające w błękicie gdzieś w spojrzeniu Billy’ego.
Percepcyjnie biegła, wyłapanie kłamstwa przychodziło jej stoicko naturalnie i choć nie posiadała daru jasnowidzenia, zamiast tego dostrzegając aury, jego uderzyła ją z pełnią mocy, wbijając się igiełkami w umysł mimowolnie. Przejęcie ponownie rozlokowało się na jej obliczu, gdy splatała ręce na klatce piersiowej, biorąc głęboki oddech – prawdopodobnie tylko on hamował ją przed wybuchem nagłej salwy emocji; te przecież już zaczęły wzbierać gwałtownie w umyśle.
Chciała wyciągnąć z niego wszystko i choć widziała, iż nie chciał specjalnie rozmawiać o swoich motywacjach i tym, co faktycznie się stało, nie potrafiła porzucić nagłej, usilnej chęci wyduszenia z niego całokształtu tego, co zaszło. Dobre chęci mieszały się z ogromem zmartwienia, który nagle, zupełnie nieproszony opadł na jej umysł, zduszając wszelkie przebłyski ekscytacji.
Pochylając się ku jego czołu, nie spodziewała się, jaki obrót przyjmie sytuacja; całus spoczął miękko na jej ustach, zastając ją na tyle zaskoczoną, że przez trwałość tych kilkunastu sekund nie drgnęła, aby po chwili odskoczyć gwałtownie, otwierając szeroko oczy.
– Czy ty zgłupiałeś?! – wrzasnęła, uderzając go pięścią – zdecydowanie zbyt drobną – w ramię; i jeszcze raz; i jeszcze.
Po nagłym paroksyzmie agresji, odsunęła się od niego stanowczo, pozostając poza jego zasięgiem, opadając miękko w ramiona fotelu. Speszona, oblała się czerwienią pąsu na całości policzków i niewielkiego nosa, ukrywając pod rumieńcem niewydatną siateczkę piegów.
– Troskę? Sympatię? – Jej głos podniósł się o jakąś oktawę. – Och, faktycznie, niektóre te rzeczy może istotnie czułam, ale skoro ty ich nie potrzebujesz, to będę milczeć! – odparła, marszcząc brwi gniewnie.
Trwała tak przez krótki moment, nie potrafiła jednak przecież się zamknąć.
– Jesteś absurdalny i niedorzeczny. Co ty sobie myślisz? Że jesteś nieśmiertelny? – wydusiła z siebie jeszcze, prychając gniewnie.