Powinno szybciej do niego dotrzeć, że bez sensu czyni tę rozmowę jeszcze gorszą, niż powinien, ale to nie było takie proste, kiedy do człowieka dopiero co zaczęły docierać wszystkie bodźce. No i okej, czuł się strasznie otępiały, ale też znał Alexandra na tyle, żeby domyślić się wreszcie, że zwalił to po całości.
- Przestań panikować, Al. Po prostu... - Nie dokończył, bo to było takie idiotyczne. Nikt nie przestawał panikować tylko dlatego, że ktoś ci mówił nie panikuj, to człowieka drażniło jeszcze bardziej, testowało jego limity, a on tak bardzo nie chciał sprawdzać jak daleko sięgała ta miłość. Mógł się zastanowić nad tym wcześniej. Zanim się zgodził pomóc Severine. Zanim poruszył światem Caina raz jeszcze. Ale już to zrobił. Zamierzał wyjechać na dłużej. Nie potrafił wybrać. Cenę za to miał ponieść człowiek, który mu jak gdyby nigdy nic powiedział, że wszystko w porządku, wybacza mu ucieczkę. I cierpiał z tego powodu ewidentnie, tak się teraz zestresował, że nawet Flynn zaczął się zastanawiać, czy dało się wyleczyć z traumy porzucenia, otaczając się jak pierzyną człowiekiem czyniącym cię jeszcze bardziej chorym...
Wypuścił go z objęcia, ale tylko po to, żeby unieść się nad nim, opierając ciężar ciała na lewym łokciu. Pocałował go delikatnie, próbując patrzeć na niego mimo senności napierającej na jego powieki całą daną jej przez wszechświat mocą.
- Kilka osób, które znałem jako Crow wróciło do mojego życia i będę musiał zrobić coś dla jednej z nich, bo ma na mnie trochę - dużo - papierów. - Czy powinien wchodzić tutaj w detale? Nie chciał przyznawać się do tego, z czego wyciągała go Crouch. Wstydził się dowodów, jakie na niego trzymała w swojej teczce, a także kar czekających na niego w Londynie, gdyby tylko ktoś przekazał te rzeczy Brygadzie. - Wrócę do ciebie, po prostu nie wiem kiedy. Spadła mi forma. - To przecież wymagało przygotowania. Miał porwać najpewniej dobrze pilnowane dziecko i... chciał się też upewnić, że podjęta decyzja jest tą dobrą.
Pocałował go jeszcze raz.
- Skarbie, obiecałem ci przecież, że tak długo jak będziesz mnie chciał, to cię już tak nie zostawię. - Przejechał mu dłonią wzdłuż boku, w taki delikatny i zaczepny sposób. Znalazło to również odbicie w wyrazie jego twarzy - delikatne uniesienia kącika ust, zmrużone powieki. - Nikt ci tak nie wybrudzi pościeli i życia jak ja - powiedział, naśladując samego siebie, ton głosu świadczący o byciu nakręconym na coś więcej, ale w rzeczywistości był po prostu wredną mendą, próbująca odwrócić jego uwagę od drążenia tematu głębiej.
- Przestań panikować, Al. Po prostu... - Nie dokończył, bo to było takie idiotyczne. Nikt nie przestawał panikować tylko dlatego, że ktoś ci mówił nie panikuj, to człowieka drażniło jeszcze bardziej, testowało jego limity, a on tak bardzo nie chciał sprawdzać jak daleko sięgała ta miłość. Mógł się zastanowić nad tym wcześniej. Zanim się zgodził pomóc Severine. Zanim poruszył światem Caina raz jeszcze. Ale już to zrobił. Zamierzał wyjechać na dłużej. Nie potrafił wybrać. Cenę za to miał ponieść człowiek, który mu jak gdyby nigdy nic powiedział, że wszystko w porządku, wybacza mu ucieczkę. I cierpiał z tego powodu ewidentnie, tak się teraz zestresował, że nawet Flynn zaczął się zastanawiać, czy dało się wyleczyć z traumy porzucenia, otaczając się jak pierzyną człowiekiem czyniącym cię jeszcze bardziej chorym...
Wypuścił go z objęcia, ale tylko po to, żeby unieść się nad nim, opierając ciężar ciała na lewym łokciu. Pocałował go delikatnie, próbując patrzeć na niego mimo senności napierającej na jego powieki całą daną jej przez wszechświat mocą.
- Kilka osób, które znałem jako Crow wróciło do mojego życia i będę musiał zrobić coś dla jednej z nich, bo ma na mnie trochę - dużo - papierów. - Czy powinien wchodzić tutaj w detale? Nie chciał przyznawać się do tego, z czego wyciągała go Crouch. Wstydził się dowodów, jakie na niego trzymała w swojej teczce, a także kar czekających na niego w Londynie, gdyby tylko ktoś przekazał te rzeczy Brygadzie. - Wrócę do ciebie, po prostu nie wiem kiedy. Spadła mi forma. - To przecież wymagało przygotowania. Miał porwać najpewniej dobrze pilnowane dziecko i... chciał się też upewnić, że podjęta decyzja jest tą dobrą.
Pocałował go jeszcze raz.
- Skarbie, obiecałem ci przecież, że tak długo jak będziesz mnie chciał, to cię już tak nie zostawię. - Przejechał mu dłonią wzdłuż boku, w taki delikatny i zaczepny sposób. Znalazło to również odbicie w wyrazie jego twarzy - delikatne uniesienia kącika ust, zmrużone powieki. - Nikt ci tak nie wybrudzi pościeli i życia jak ja - powiedział, naśladując samego siebie, ton głosu świadczący o byciu nakręconym na coś więcej, ale w rzeczywistości był po prostu wredną mendą, próbująca odwrócić jego uwagę od drążenia tematu głębiej.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.