27.11.2023, 13:16 ✶
W jaki sposób jeden niski i wcale nie tak umięśniony (bardziej gibki) człowiek mógł w pojedynkę pokonać trójkę oprychów? Gdyby miał iść z nimi w bezpośrednią bójkę na pięści, to bez użycia magii przegrałby to jak skończona ciamajda nawet mimo tego, że potrafił się bić. Walka uliczna rządziła się swoimi prawami, a małe gabaryty były zbyt dużą przeszkodą, żeby się nie bać takich starć. Tym, co dawało Crowowi przewagę było planowanie. Nie był wzorowym taktykiem, nie był dowódcą, ale miał bardzo dobrze pracującą wyobraźnię. Potrafił przewidzieć cudze ruchy, przygotować się wcześniej i co najważniejsze - posiadał zasoby pozwalające mu na zastawianie pułapek.
Tak, chociaż zachowywał się i wysławiał okropnie, jego siłą była inteligencja.
Nie słyszał ich rozmowy, bo znajdował się na zewnątrz, nie miał więc pojęcia, że Avelina była na tyle głupiutka, żeby przyznać się do bycia tam samej. Ostatecznie i tak nie miało to większego znaczenia, bo kiedy tylko jeden z oprychów postawił krok w jej kierunku, ukrywający się do tej opry w cieniu Crow machnął ręką i aktywował pułapkę. Żyłka obwiązana dookoła drzwi poruszyła się, a później dało się słyszeć łomot upadającego na ziemię ciała. Najmniejszy z całej trójki upadł na podłogę, trzymał się jeszcze pazurami podłogi, jakby miało mu to pomóc, ale było już za późno - magiczny mechanizm ciągnął go za nogę w stronę drzwi, a później sprawił, że zawisł nad sufitem, od góry nogami. Podozstała dwójka byla nieco skołowana. Jeden z nich złapał Avelinę za fraki i podniósł ją do góry, potrząsając nią w gniewie, drugi musiał mierzyć się z tym, że Crow znajdował się już przy drzwiach i bez ceregieli zdzielił go z pięści w pysk, powodując upadnięcie kolesia na jedną z półek. To nie miało tak wyglądać, żaden flakon nie miał się rozbić, ale dwa upadły i... przez to właśnie dał się zdzielić w rewanżu, prosto w niedawno złamany nos. Musiało go to wkurwić, bo tak się zmarszczył jak nigdy. Kopnął go w nogę, powalając w dół, co po uwzględnieniu w scenariuszu jego wątłych nóg było dosyć mało prawdopodobne - i nagle oczywistym mogło stać się, że Crow używał do tego jakiś zaklęć, ale nie trzymał żadnej różdżki. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął z niej jakiś bliżej nieokreślony właściwościami proszek i dmuchnął nim w kierunku oponenta, który od wdychania fioletowego oparu zaczął się wierzgać i uciekł niemożebnie spocony. Musiało mu się wydawać, że krzyczał, bo miał rozdziabioną paszczę, ale nie wydobywał się z niej żaden dźwięk. Po prostu biegł przed siebie, porzucając towarzyszy. Crow odwrócił się w kierunku wiszącego gościa, przyciągnął do siebie jego różdżkę i złamał ją w akompaniamencie snopu iskier. Typ chyba nawet nie próbował protestować, jego oczy wyrażały kapitulację, ale nie mógł go jeszcze spuścić z tej liny, bo był tu jeszcze ten trzeci - największy, zaciskający palce na ubraniu panny Paxton, ale wpatrujący się w niego - w ten rozkwaszony nos, twarz nieprzyćmioną strachem.
- Zostawicie ten sklep po dobroci, czy mam wam jeszcze dobitniej pokazać co to znaczy, że to jest mój rewir?
Tak, chociaż zachowywał się i wysławiał okropnie, jego siłą była inteligencja.
Nie słyszał ich rozmowy, bo znajdował się na zewnątrz, nie miał więc pojęcia, że Avelina była na tyle głupiutka, żeby przyznać się do bycia tam samej. Ostatecznie i tak nie miało to większego znaczenia, bo kiedy tylko jeden z oprychów postawił krok w jej kierunku, ukrywający się do tej opry w cieniu Crow machnął ręką i aktywował pułapkę. Żyłka obwiązana dookoła drzwi poruszyła się, a później dało się słyszeć łomot upadającego na ziemię ciała. Najmniejszy z całej trójki upadł na podłogę, trzymał się jeszcze pazurami podłogi, jakby miało mu to pomóc, ale było już za późno - magiczny mechanizm ciągnął go za nogę w stronę drzwi, a później sprawił, że zawisł nad sufitem, od góry nogami. Podozstała dwójka byla nieco skołowana. Jeden z nich złapał Avelinę za fraki i podniósł ją do góry, potrząsając nią w gniewie, drugi musiał mierzyć się z tym, że Crow znajdował się już przy drzwiach i bez ceregieli zdzielił go z pięści w pysk, powodując upadnięcie kolesia na jedną z półek. To nie miało tak wyglądać, żaden flakon nie miał się rozbić, ale dwa upadły i... przez to właśnie dał się zdzielić w rewanżu, prosto w niedawno złamany nos. Musiało go to wkurwić, bo tak się zmarszczył jak nigdy. Kopnął go w nogę, powalając w dół, co po uwzględnieniu w scenariuszu jego wątłych nóg było dosyć mało prawdopodobne - i nagle oczywistym mogło stać się, że Crow używał do tego jakiś zaklęć, ale nie trzymał żadnej różdżki. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął z niej jakiś bliżej nieokreślony właściwościami proszek i dmuchnął nim w kierunku oponenta, który od wdychania fioletowego oparu zaczął się wierzgać i uciekł niemożebnie spocony. Musiało mu się wydawać, że krzyczał, bo miał rozdziabioną paszczę, ale nie wydobywał się z niej żaden dźwięk. Po prostu biegł przed siebie, porzucając towarzyszy. Crow odwrócił się w kierunku wiszącego gościa, przyciągnął do siebie jego różdżkę i złamał ją w akompaniamencie snopu iskier. Typ chyba nawet nie próbował protestować, jego oczy wyrażały kapitulację, ale nie mógł go jeszcze spuścić z tej liny, bo był tu jeszcze ten trzeci - największy, zaciskający palce na ubraniu panny Paxton, ale wpatrujący się w niego - w ten rozkwaszony nos, twarz nieprzyćmioną strachem.
- Zostawicie ten sklep po dobroci, czy mam wam jeszcze dobitniej pokazać co to znaczy, że to jest mój rewir?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.