27.11.2023, 20:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2023, 20:05 przez Brenna Longbottom.)
– Na północy kraju. Wygląda na to, że fragment lasu, w którym dranie mają obóz, jest prywatną własnością, robią z niego wypady do pobliskich siedlisk magicznych zwierząt, a potem znikają jak sen złoty - paplała Brenna dalej, i nawet jeden mięsień na jej twarzy nie drgnął, kiedy Vincent się pojawił nagi, jak go pani bogini stworzyła.
Prawdopodobnie spora część kobiet, zwłaszcza tych czystej krwi, w takiej sytuacji zareagowałaby dwojako: albo daleko idącym zakłopotaniem, albo wręcz przeciwnie, próbą wykorzystania sytuacji.
Brenna jednak ani się nie zakłopotała, ani nie zaczęła na Vincenta gapić, nie zająknęła się nawet tylko, tylko nie przerywając swojego monologu, wydobyła z kieszeni różdzkę i wyczarowała wielki ręcznik, który spadł na Prewetta. Znała Vincenta za długo, żeby przejmować się tym, że błysnął nagą klatą, a że zasadniczo zawsze traktował ją chyba wręcz nie jako koleżankę, a bardziej jako kumpla, a przynajmniej tak to odbierała, więc nawet jej do głowy nie wpadłoby, że mógłby robić takie rzeczy celowo.
- W związku z tym cholernie ciężko ich złapać, a nie mogę po prostu wrąbać się na teren prywatny, jeżeli nie mam dowodów na to, że tam są, poza zapiskiem w dzienniku Kevina, w dodatku zapiskiem, który też zobaczyłam nielegalnie, bo owszem, to ma związek z Chinatown – kontynuowała jak gdyby nigdy nic, opadając po prostu na sofę, ustawioną na środku niemal nieurządzonego pomieszczenia. Pod pewnymi względami ona i Prewett byli do siebie podobni jak dwie krople wody – pod innymi różnili się między sobą jak ogień i lód. To była jedna z nich: on zdawał się zawsze gotowy, by ruszyć dalej, a ona, choć ciągle w biegu, miała miejsca, do których zawsze chciała wracać. Zapuszczała korzenie, przywiązywała się do miejsc i ludzi, kochając i jedne, i drugich z całą mocą. On zdawał się takich więzów unikać, uznając jedynie nici pokrewieństwa z resztą Prewettów jako pewnego rodzaju obowiązek.
- Ale gdybyśmy przypadkiem znaleźli się w pobliżu akurat, gdyby coś się działo, bo nabraliśmy ochoty na to, aby pospacerować po lesie, i zaistniałoby uzasadnione podejrzenie, że tuż obok dochodzi do przestępstwa, wtedy miałabym pełne prawo do interwencji... – relacjonowała, podnosząc głos, by ją słyszał, kiedy odszedł nieco, by wyciągnąć swoje rzeczy z szafy.
Dźwignęła się z kanapy, kiedy wreszcie był gotowy, a na pytanie uniosła tylko lekko brwi.
– Ciebie? Żeby było jeszcze co oglądać, Vinnie. Na całe szczęście widziałam już tyle paskudnych rzeczy, że jakoś i taki widok przeżyję – parsknęła, po czym wydobyła różdżkę i wypisała w powietrzu koordynaty do teleportacji. – Jeśli się ogarnąłeś, lecimy.
Prawdopodobnie spora część kobiet, zwłaszcza tych czystej krwi, w takiej sytuacji zareagowałaby dwojako: albo daleko idącym zakłopotaniem, albo wręcz przeciwnie, próbą wykorzystania sytuacji.
Brenna jednak ani się nie zakłopotała, ani nie zaczęła na Vincenta gapić, nie zająknęła się nawet tylko, tylko nie przerywając swojego monologu, wydobyła z kieszeni różdzkę i wyczarowała wielki ręcznik, który spadł na Prewetta. Znała Vincenta za długo, żeby przejmować się tym, że błysnął nagą klatą, a że zasadniczo zawsze traktował ją chyba wręcz nie jako koleżankę, a bardziej jako kumpla, a przynajmniej tak to odbierała, więc nawet jej do głowy nie wpadłoby, że mógłby robić takie rzeczy celowo.
- W związku z tym cholernie ciężko ich złapać, a nie mogę po prostu wrąbać się na teren prywatny, jeżeli nie mam dowodów na to, że tam są, poza zapiskiem w dzienniku Kevina, w dodatku zapiskiem, który też zobaczyłam nielegalnie, bo owszem, to ma związek z Chinatown – kontynuowała jak gdyby nigdy nic, opadając po prostu na sofę, ustawioną na środku niemal nieurządzonego pomieszczenia. Pod pewnymi względami ona i Prewett byli do siebie podobni jak dwie krople wody – pod innymi różnili się między sobą jak ogień i lód. To była jedna z nich: on zdawał się zawsze gotowy, by ruszyć dalej, a ona, choć ciągle w biegu, miała miejsca, do których zawsze chciała wracać. Zapuszczała korzenie, przywiązywała się do miejsc i ludzi, kochając i jedne, i drugich z całą mocą. On zdawał się takich więzów unikać, uznając jedynie nici pokrewieństwa z resztą Prewettów jako pewnego rodzaju obowiązek.
- Ale gdybyśmy przypadkiem znaleźli się w pobliżu akurat, gdyby coś się działo, bo nabraliśmy ochoty na to, aby pospacerować po lesie, i zaistniałoby uzasadnione podejrzenie, że tuż obok dochodzi do przestępstwa, wtedy miałabym pełne prawo do interwencji... – relacjonowała, podnosząc głos, by ją słyszał, kiedy odszedł nieco, by wyciągnąć swoje rzeczy z szafy.
Dźwignęła się z kanapy, kiedy wreszcie był gotowy, a na pytanie uniosła tylko lekko brwi.
– Ciebie? Żeby było jeszcze co oglądać, Vinnie. Na całe szczęście widziałam już tyle paskudnych rzeczy, że jakoś i taki widok przeżyję – parsknęła, po czym wydobyła różdżkę i wypisała w powietrzu koordynaty do teleportacji. – Jeśli się ogarnąłeś, lecimy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.