28.11.2023, 00:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2023, 00:10 przez Lorraine Malfoy.)
Nie myślała, kiedy obracała się w tanecznym szale w grupie wyznawców, którzy naśladowali hipnotyzujące pląsy kapłanek kowenu, składając Matce jako ofiarę swoją radość, i urywane oddechy, kiedy brakło tchu w piersiach po szaleńczych obrotach. Nie myślała o zagrożeniu ze strony Śmierciożerców, o tym, że znów odważyliby się zbrukać święte miejsce plugawą walką ideologii, będących niczym wobec potęgi żywiołów i władztwa Bogów... Choć jej paranoja wciąż miała się dobrze - rozkwitała w piersi Malfoy równie pysznie co girlandy kwiatów, którymi przystrojone było miejsce kultu - w ten wyjątkowy dzień to jej wiara była silniejsza.
Lorraine nie myślała, kiedy promienie słońca całowały jej skórę; nie myślała już nawet o tym, że tak samo chce całować skórę Maeve, kiedy ta odnalazła się wśród tłumu - i to w tych wszystkich miejscach, które przed letnim słońcem pozostawały zakryte - za bardzo zatraciła się w odbiciach płomieni w oczach przyjaciółki, za bardzo była zdyszana od nieustannych tańców, cienka sukienka za bardzo kleiła się jej do ciała, a w uszach pulsowało od hałasu.
Za bardzo rozpraszała ją ta jedna kropelka potu na dekolcie Maeve.
Kiedy wyciągnęła do niej ręce - zachęcając całym swoim wilowym wdziękiem, aby dołączyła do tańca - czuła się jak pijana: pijana słońcem, zapachem ziół i śmiechem, który dzieliła z Maeve, kiedy rzuciła się jej na szyję, tracąc równowagę przez wszystkie te obroty - gdyby tylko mogła, wydestylowałaby śmiech Chang, i dodawała do każdego felix felicis.
- Za kogo ty się uważasz, żeby wystawiać moją wiarę na takie próby, co? - Nigdy nie znała umiaru drocząc się z Maeve. Słowa były szybkie, wydyszane prosto do ucha kobiety, a co najgorsze, nie było w nich nic z uroczo pretensjonalnego księżniczkowego tonu, w jaki chciała uderzyć - w głosie Malfoy słychać było tylko uśmiech, który samowolnie rozświetlił jej twarz. - Pod koniec modlitwy zaczęłam niemal wątpić, czy przyjdziesz - dodała słodkim szeptem, i uwiesiła się na szyi kobiety bluszczowym ruchem, pozwalając sobie na czułość, którą rzadko okazywała publicznie. Za ucho Maeve wetknęła przy okazji jeden z kwiatuszków, których bukiecik do tej pory miała przypięty do sukni.
Na szczęście przywilejem bycia kobietą było to, że nikt nie dostrzegłby w ich czułościach niczego zdrożnego, niczego poza niewinnym afektem. Wszyscy byli zbyt skupieni na tańcu kapłanek, by zwracać uwagę na hipnotyzujący taniec dwóch kobiet zagubionych w tłumie wiernych blisko ogniska. Zbyt cieszyła się obecnością Maeve.
A zresztą, Litha była świętem, w którym kobiety cieszyły się szczególnymi błogosławieństwami! A Lorraine była w końcu matką, tyle że chrzestną, i Nokturnu...
Trudno było zresztą udawać obojętność, kiedy znowu rozmawiały z tą cholerną poufałością, która sprawiała, że słowa stały Lorraine w gardle, dopóki w fali emocjonalnej regurgitacji nie wyrzucała ich wszystkich w niezdrowym nadmiarze w obecności Maeve.
Ale słowa ginęły wśród wznoszonych ku bogom modlitewnych inkantacji, zagłuszone przez rytualne śpiewy i gwar rozmów zgromadzonych tłumnie wiernych.
Słowa się nie liczyły, nie kiedy palił dotyk ich splecionych dłoni. Paliły też policzki Lorraine, zziajanej od zapamiętałego tańca. Była tutaj jeszcze zanim rozpoczęły się obrzędy: razem z siostrami i braćmi z kowenu rozpalała zioła przy ogniskach, przygotowywała napary dla kapłanek, które teraz obracały się jak zaklęte w tanecznym kręgu; ogólnie, pomagała jak mogła w przygotowywaniach do tego wielkiego święta.
Lorraine rzadko czuła się szczęśliwa, ale obchody Lithy zawsze napełniały ją dziwną euforią.
Chociaż to Beltane obchodziła najbardziej hucznie - czuła kłucie piersi, kiedy myślała o fiaksu tegorocznego święta, które zresztą spędziła w łóżku, zdjęta potężnym choróbskiem, szczęście w nieszczęściu - to Litha pozostawała dla niej najbardziej wyjątkowa, najpiękniejsza; w dzieciństwie, choć niespecjalnie przejmowała się sprawami wiary, zawsze cieszyła się, kiedy matka zabierała ją pośród ogniska, w gwarny tłum, dookoła kwiaty, wianki, wstążki, tańce... właśnie, wianki!
- Patrz - szepnęła do Maeve, pokazując w stronę stoiska. - Jeżeli nie mają wianków z lilii wodnych, będę zawiedziona. - Przez chwilę nienawidziła tej tęsknoty w piersi, która kazała jej wypowiedzieć na głos ten prywatny żart. Była zła, że wydaje się taka desperacka, klejąca, jakby rzeczywiście potrzebowała mieć Maeve przy sobie. A przede wszystkim, napełniała ją cholerna euforia, kiedy pomyślała o tym, jak długo zastanawiała się, jak podpisać krótki list, który wysłałaml ostatnio przyjaciółce. Raine? Lorrie? Bez podpisu, żeby było tajemniczo?? Twoja przyjaciółka, która czasem często grzeje ci łóżko?
- Stoisko z wiankami. Nie złapiesz mnie - wypaliła nagle, i natychmiast wysunęła się z objęć Maeve, by pognać w stronę stoiska Abbottów. Ale jak mnie złapiesz, to oddam ci swój wianek, chodziło jej po głowie, ale nie powiedziała już tego na głos: zamiast tego skupiła się na przepychaniu przez tłum, aby znaleźć dla Mae wianek, który najbardziej pasowałby do jej stroju, ale chętnych było zbyt wielu, by mogła wybierać. Jedna z kobiet z uśmiechem włożyła jej na głowę losowy wianek.
!wianki