28.11.2023, 01:08 ✶
Łatwo przyszło, łatwo poszło.
Tyle pomyślała, kiedy najpierw ten przybytek wątpliwej przyjemności i niewątpliwej rzeżączki opuściła najpierw Black, a potem Yaxley. Nie winiła ich, naprawdę nie; nie każdy miał żelazną psychikę, nie każdy miał ambicje. Rozumiała to, akceptowała i szanowała. Bogowie już tak ten świat stworzyli, że wszyscy się rodzili z innym powołaniem i nie każdemu pisana była wielkość. Niektórzy świetnie się spisywali w innych rolach, choćby jako stojak na miotły - w końcu obydwoje musieli mieć po jednej w dupsku, niechybnie tak głęboko, że aż podziw bierze, że im zębów nie wybiły. Gdyby było inaczej, to nie byliby takimi nudziarzami. O mugolaka się tak pogniewać? Dziecinada.
No ale, niech idą, gdzie chcą. Krzyż im na drogę, straty oszacowano na dwa knuty.
Zapewne z przemyśleniami Maeve co poniektórzy by się tu nie zgodzili - wszakże dwójkę już nieobecnych ktoś musiał zaprosić - więc nie powiedziała tego na głos. Jedynie wzruszyła ramionami na pożegnanie Nicholasa, a potem odprowadziła go zblazowanym spojrzeniem. Wszystko jej było jedno naprawdę; jedyne, na co liczyła, to że ani jedno, ani drugie nie ma obrotnego jęzora. Nie chciała, żeby zdobywanie dominacji nad światkiem przestępczym było trudniejsze niż jest.
- Honor wśród złodziei, huh? - Zagadnęła Murtagha, kiedy tak właśnie określił ich wzajemne zaufanie: słowem honoru. Uśmiechnęła się kpiąco, ale nie dlatego, że kpiła z Macmillana, a raczej z absurdu, jaki wytknął. Było w tym coś groteskowego, ale prawda była taka, że Mewa się nigdy na zebranych tutaj jeszcze nie zawiodła. Co prawda Leo był szurnięty i nie miała z nim daleko idącej historii, a Murtagh był jej znany z widzenia co najwyżej, ale jakoś nie czuła płynącego z ich strony zagrożenia. Z drugiej strony... Czy Chang czuła coś w tym guście ze strony któregokolwiek mężczyzny? Kiedykolwiek?
- Ja zdaję sobie w pełni sprawę, że gdyby BUM pozwalał zbierać naklejki za popełnione wykroczenia, miałbyś wykupiony już cały sklepik z pamiątkami. Absolutnie nie podważam waszych kompetencji, Stachu - wyjaśniła grzecznie, unosząc brwi i przymykając przy tym oczy. Pokręciła głową, jakby chciała zaprzeczyć domniemanemu zwątpieniu w jego czarny charakter. - Mimo pokaźnej kolekcji grzechów na sumieniu, nie mamy niestety posłuchu na dzielni. Respektu też nikt przed nami nie czuje, co najwyżej strach. Ja póki co jadę na reputacji mojej matki jak na sankach, ale chciałabym wreszcie na własnej. Więc potrzebujemy konkretów na cito, bo nas wyśmieje - przyznała szczerze, nie mając zamiaru ukrywać, że Madeleine to ma ją za szczyla, co potencjał marnuje i szlaja się z półgłówkami. Co prawda tego drugiego nie chciała tak dosadnie obwieszczać, bo dbała o uczucia kumpli, a ponadto matce chciała też sama udowodnić, że wcale nie są tacy głupi, na jakich wyglądają. Skoro Maeve chciała wskoczyć za tych gagatków w ogień, to musiało być coś na rzeczy (nawet jeśli to był tylko idiotyczny zakład).
Kiedy Lorraine oświadczyła z taką pewnością siebie, że zawsze była gotowa odstawić dzielące ich różnice i złączyć dłonie w konsensusie (choćby ich miała swoim diablim urokiem ich wszystkich do niego zmusić), cudem powstrzymała się od nachylenia się nad jej uchem i wyszeptania: grzeczna dziewczynka. Pierwszym, co ją powstrzymało była chęć uniknięcia łokcia wbitego prosto w trzewia, bo w ich obecnym ustawieniu Malfoy miała nieziemsko łatwo taki cios wyprowadzić. Drugim był niebezpiecznie zbliżający się Sauriel.
Spojrzała na niego spod byka, zastanawiając się szczerze, czy na serio jego dalej trzymał urok wili. Ukradkiem spojrzała na Lorraine, by upewnić się, że nie trzyma go w swoich szponach, po czym wróciła spojrzeniem do Rookwoda - akurat w czas, by ich oczy się spotkały. Maeve miała brwi zmarszczone, oczy skonfundowane; nie wiedziała, co planuje, ale jakoś podskórnie czuła, że jej się to nie spodoba. Że jest zły o to, co mu zrobiła Raine z głową.
Kiedy pociągnął ją do siebie, Chang ruszyła podświadomie tuż za dziewczyną, jakby ich ciała były ze sobą perfekcyjnie zsynchronizowane. Postąpiła krok, ale zatrzymała się nagle, zastygła w ruchu, widząc, że jedynie zamyka ją w objęciach i zwyczajnie pociesza. Rozluźniła dłoń, którą ciasno zamknęła w pięść jeszcze moment temu, bo oczyma wyobraźni widziała już scenę z przyszłości, gdzie jej pobielałe knykcie zderzają się z wampirzymi kłami. Spięcie opuściło ciało Changówny, a nabuzowane emocje objawiły się tylko jeszcze w nagłej zmianie koloru tęczówek, których barwy przez kilka sekund wirowały jak w kalejdoskopie. Wypuściła powietrze nosem, głośno i w irytacji, po czym wycofała się z walki, której na szczęście nawet nie zdołała zacząć. Czy można było to nazwać walkowerem, czy raczej rozwagą?
- Jeszcze ją w czółko pocałuj - burknęła tylko, krzywiąc się w niezadowoleniu, ale długo nie musieli na podkurwioną gębę Mewy patrzeć, bo obróciła się na pięcie i zaczęła maszerować w kierunku baru. Nie miała zamiaru pić, bo nic by to przecież nie dało, ale po prostu przewiesiła się całym ciałem przez kontuar i zaczęła szukać czegoś do jedzenia. Zupełnie zignorowała Francisa, który chciał jej pomóc. Musiała jakoś uciszyć tę irracjonalnie terytorialną zazdrość.
- Może wróćmy do meritum? Do Eldirra? Ktoś ma jakieś nowości, plan? Czy się będziemy tu po prostu wszyscy kolektywnie razem z paniami przytulać?- Zabrzmiała strasznie sarkastycznie, przeskakując wreszcie przez ten bar, by wyjąć jakąś podłą przekąskę z czeluści półek. Na swoją obronę miała to, że jeszcze nie zdążyła zapchać sobie ust jedzeniem, toteż nie mogła powstrzymać tego, co jadowita ślina na język jej niosła.
Tyle pomyślała, kiedy najpierw ten przybytek wątpliwej przyjemności i niewątpliwej rzeżączki opuściła najpierw Black, a potem Yaxley. Nie winiła ich, naprawdę nie; nie każdy miał żelazną psychikę, nie każdy miał ambicje. Rozumiała to, akceptowała i szanowała. Bogowie już tak ten świat stworzyli, że wszyscy się rodzili z innym powołaniem i nie każdemu pisana była wielkość. Niektórzy świetnie się spisywali w innych rolach, choćby jako stojak na miotły - w końcu obydwoje musieli mieć po jednej w dupsku, niechybnie tak głęboko, że aż podziw bierze, że im zębów nie wybiły. Gdyby było inaczej, to nie byliby takimi nudziarzami. O mugolaka się tak pogniewać? Dziecinada.
No ale, niech idą, gdzie chcą. Krzyż im na drogę, straty oszacowano na dwa knuty.
Zapewne z przemyśleniami Maeve co poniektórzy by się tu nie zgodzili - wszakże dwójkę już nieobecnych ktoś musiał zaprosić - więc nie powiedziała tego na głos. Jedynie wzruszyła ramionami na pożegnanie Nicholasa, a potem odprowadziła go zblazowanym spojrzeniem. Wszystko jej było jedno naprawdę; jedyne, na co liczyła, to że ani jedno, ani drugie nie ma obrotnego jęzora. Nie chciała, żeby zdobywanie dominacji nad światkiem przestępczym było trudniejsze niż jest.
- Honor wśród złodziei, huh? - Zagadnęła Murtagha, kiedy tak właśnie określił ich wzajemne zaufanie: słowem honoru. Uśmiechnęła się kpiąco, ale nie dlatego, że kpiła z Macmillana, a raczej z absurdu, jaki wytknął. Było w tym coś groteskowego, ale prawda była taka, że Mewa się nigdy na zebranych tutaj jeszcze nie zawiodła. Co prawda Leo był szurnięty i nie miała z nim daleko idącej historii, a Murtagh był jej znany z widzenia co najwyżej, ale jakoś nie czuła płynącego z ich strony zagrożenia. Z drugiej strony... Czy Chang czuła coś w tym guście ze strony któregokolwiek mężczyzny? Kiedykolwiek?
- Ja zdaję sobie w pełni sprawę, że gdyby BUM pozwalał zbierać naklejki za popełnione wykroczenia, miałbyś wykupiony już cały sklepik z pamiątkami. Absolutnie nie podważam waszych kompetencji, Stachu - wyjaśniła grzecznie, unosząc brwi i przymykając przy tym oczy. Pokręciła głową, jakby chciała zaprzeczyć domniemanemu zwątpieniu w jego czarny charakter. - Mimo pokaźnej kolekcji grzechów na sumieniu, nie mamy niestety posłuchu na dzielni. Respektu też nikt przed nami nie czuje, co najwyżej strach. Ja póki co jadę na reputacji mojej matki jak na sankach, ale chciałabym wreszcie na własnej. Więc potrzebujemy konkretów na cito, bo nas wyśmieje - przyznała szczerze, nie mając zamiaru ukrywać, że Madeleine to ma ją za szczyla, co potencjał marnuje i szlaja się z półgłówkami. Co prawda tego drugiego nie chciała tak dosadnie obwieszczać, bo dbała o uczucia kumpli, a ponadto matce chciała też sama udowodnić, że wcale nie są tacy głupi, na jakich wyglądają. Skoro Maeve chciała wskoczyć za tych gagatków w ogień, to musiało być coś na rzeczy (nawet jeśli to był tylko idiotyczny zakład).
Kiedy Lorraine oświadczyła z taką pewnością siebie, że zawsze była gotowa odstawić dzielące ich różnice i złączyć dłonie w konsensusie (choćby ich miała swoim diablim urokiem ich wszystkich do niego zmusić), cudem powstrzymała się od nachylenia się nad jej uchem i wyszeptania: grzeczna dziewczynka. Pierwszym, co ją powstrzymało była chęć uniknięcia łokcia wbitego prosto w trzewia, bo w ich obecnym ustawieniu Malfoy miała nieziemsko łatwo taki cios wyprowadzić. Drugim był niebezpiecznie zbliżający się Sauriel.
Spojrzała na niego spod byka, zastanawiając się szczerze, czy na serio jego dalej trzymał urok wili. Ukradkiem spojrzała na Lorraine, by upewnić się, że nie trzyma go w swoich szponach, po czym wróciła spojrzeniem do Rookwoda - akurat w czas, by ich oczy się spotkały. Maeve miała brwi zmarszczone, oczy skonfundowane; nie wiedziała, co planuje, ale jakoś podskórnie czuła, że jej się to nie spodoba. Że jest zły o to, co mu zrobiła Raine z głową.
Kiedy pociągnął ją do siebie, Chang ruszyła podświadomie tuż za dziewczyną, jakby ich ciała były ze sobą perfekcyjnie zsynchronizowane. Postąpiła krok, ale zatrzymała się nagle, zastygła w ruchu, widząc, że jedynie zamyka ją w objęciach i zwyczajnie pociesza. Rozluźniła dłoń, którą ciasno zamknęła w pięść jeszcze moment temu, bo oczyma wyobraźni widziała już scenę z przyszłości, gdzie jej pobielałe knykcie zderzają się z wampirzymi kłami. Spięcie opuściło ciało Changówny, a nabuzowane emocje objawiły się tylko jeszcze w nagłej zmianie koloru tęczówek, których barwy przez kilka sekund wirowały jak w kalejdoskopie. Wypuściła powietrze nosem, głośno i w irytacji, po czym wycofała się z walki, której na szczęście nawet nie zdołała zacząć. Czy można było to nazwać walkowerem, czy raczej rozwagą?
- Jeszcze ją w czółko pocałuj - burknęła tylko, krzywiąc się w niezadowoleniu, ale długo nie musieli na podkurwioną gębę Mewy patrzeć, bo obróciła się na pięcie i zaczęła maszerować w kierunku baru. Nie miała zamiaru pić, bo nic by to przecież nie dało, ale po prostu przewiesiła się całym ciałem przez kontuar i zaczęła szukać czegoś do jedzenia. Zupełnie zignorowała Francisa, który chciał jej pomóc. Musiała jakoś uciszyć tę irracjonalnie terytorialną zazdrość.
- Może wróćmy do meritum? Do Eldirra? Ktoś ma jakieś nowości, plan? Czy się będziemy tu po prostu wszyscy kolektywnie razem z paniami przytulać?- Zabrzmiała strasznie sarkastycznie, przeskakując wreszcie przez ten bar, by wyjąć jakąś podłą przekąskę z czeluści półek. Na swoją obronę miała to, że jeszcze nie zdążyła zapchać sobie ust jedzeniem, toteż nie mogła powstrzymać tego, co jadowita ślina na język jej niosła.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —