28.11.2023, 13:31 ✶
Trudno powiedzieć, co przygnało Florence na Lithę - zwykle uczestniczyła w sabatach, jeżeli nie miała dyżuru, czasem występowała na nich jako medyczka, ale tym razem miała wrażenie, że to swego rodzaju kuszenie losu. A jednak tu była. Może przez pewnego rodzaju upór, tkwiący głęboko w jej duszy, może chcąc po prostu być w pobliżu, gdyby była potrzebna.
A może, bo nie mogła już znieść siedzenia w domu i niepokoju o najmłodszego brata.
Godzina, obiecała sobie, starając się nie myśleć o tym, co tego dnia być może wyprawiali jej bracia, a przynajmniej jeden z nich. Za godzinę wróci do domu i pewnie oni już tam będą.
- Nie przyznawaj twojemu bratu, że przyszedłeś tutaj ze mną. Obawiam się, że mógłby cię wydziedziczyć tylko za to, że szedłeś przy mnie - zwróciła się do Vincenta, idącego u jej boku. Górował nad nią, bo Florence była kobietą nie niską, ale też nie wielką: miała metr siedemdziesiąt wzrostu. W teorii był jej wujem, bratem jej matki, ale jako że był młodszy, traktowała go raczej jak całą resztę Bulstrodów i Prewettów z rodzeństwa i kuzynostwa - śledząc uważnym spojrzeniem jasnych oczu i niekiedy spoglądając... nieco dalej.
Teraz też zresztą zerknęła na niego, a właściwie - kontrolnie, bo nic nie mogła poradzić, że dziś niepokój tkwił pod jej skórą, z powodu tego statku, który wołał do niej z daleka, z powodu brata, z powodu wspomnienia Beltane - do przodu.
- Te wianki trochę mnie niepokoją - przyznała po chwili, ujmując wręczoną jej plecionkę. Nie założyła jej od razu na głowę, a obróciła go w dłoniach, bo to było kolejne echo poprzedniego sabatu. Blade palce przesunęły się po kwiatach, gdy rozważała, czy wsunąć go na kasztanowe włosy, tego wieczora splecione w ciasny warkocz. Fryzura Florence jak zawsze była staranna, podobnie jak jej strój: schludny, ale dość skromny, błękitna spódnica i jasna koszula. - Chociaż tym razem, mam nadzieję, nie będą związywać niczyich losów na podobieństwo klątwy lub błogosławieństwa. Powiedziałabym, że miałeś szczęście, że nie wniosłeś wianka żadnej damy na majowe słupy, choć może niektórzy uznawaliby to za pecha? Reszta rodziny pewnie ucieszyłaby się, gdyby była czystej krwi.
Zważywszy na to, że nikt z młodszego pokolenia, choć było ich wielu i wszyscy po dwudziestym roku życia, nie zawarł małżeństwa, Edward prawdopodobnie dręczył w tej sprawie brata coraz bardziej uparcie.
jasnowidzenie, czy Vinc nie planuje się zaraz iść zabić
!wianki
A może, bo nie mogła już znieść siedzenia w domu i niepokoju o najmłodszego brata.
Godzina, obiecała sobie, starając się nie myśleć o tym, co tego dnia być może wyprawiali jej bracia, a przynajmniej jeden z nich. Za godzinę wróci do domu i pewnie oni już tam będą.
- Nie przyznawaj twojemu bratu, że przyszedłeś tutaj ze mną. Obawiam się, że mógłby cię wydziedziczyć tylko za to, że szedłeś przy mnie - zwróciła się do Vincenta, idącego u jej boku. Górował nad nią, bo Florence była kobietą nie niską, ale też nie wielką: miała metr siedemdziesiąt wzrostu. W teorii był jej wujem, bratem jej matki, ale jako że był młodszy, traktowała go raczej jak całą resztę Bulstrodów i Prewettów z rodzeństwa i kuzynostwa - śledząc uważnym spojrzeniem jasnych oczu i niekiedy spoglądając... nieco dalej.
Teraz też zresztą zerknęła na niego, a właściwie - kontrolnie, bo nic nie mogła poradzić, że dziś niepokój tkwił pod jej skórą, z powodu tego statku, który wołał do niej z daleka, z powodu brata, z powodu wspomnienia Beltane - do przodu.
- Te wianki trochę mnie niepokoją - przyznała po chwili, ujmując wręczoną jej plecionkę. Nie założyła jej od razu na głowę, a obróciła go w dłoniach, bo to było kolejne echo poprzedniego sabatu. Blade palce przesunęły się po kwiatach, gdy rozważała, czy wsunąć go na kasztanowe włosy, tego wieczora splecione w ciasny warkocz. Fryzura Florence jak zawsze była staranna, podobnie jak jej strój: schludny, ale dość skromny, błękitna spódnica i jasna koszula. - Chociaż tym razem, mam nadzieję, nie będą związywać niczyich losów na podobieństwo klątwy lub błogosławieństwa. Powiedziałabym, że miałeś szczęście, że nie wniosłeś wianka żadnej damy na majowe słupy, choć może niektórzy uznawaliby to za pecha? Reszta rodziny pewnie ucieszyłaby się, gdyby była czystej krwi.
Zważywszy na to, że nikt z młodszego pokolenia, choć było ich wielu i wszyscy po dwudziestym roku życia, nie zawarł małżeństwa, Edward prawdopodobnie dręczył w tej sprawie brata coraz bardziej uparcie.
jasnowidzenie, czy Vinc nie planuje się zaraz iść zabić
Rzut Z 1d100 - 75
Sukces!
Sukces!
!wianki