Vincent do ostatniego momentu nie wiedział, czy wybierze się na Lithe. Chciał zabrać Lycoris, ale nie miał szansy się z nią złapać. Była kobietą niezależną i ciężką do dogadania, ale doceniał to w niej. Miał tylko nadzieję, że jej tu nie zobaczy w towarzystwie jakiegoś innego buca, bo nie ręczył za swoje opanowanie. Prewett raczej należał do osób typowo prewettowo impulsywnych. Nie umiał słuchać rozsądku, chociaż się starał. Zawsze pakował się w kłopoty i chyba się przyzwyczaił do takiego trybu życia. Potrafił też dochować tajemnic, pomimo że był cholernym gadułą. Nigdy nie wygadał się z sekretów osób z jego otoczenia. Jak zwykle jego kręcone włosy były w nieładzie, ale takim typowo artystycznym, zarost spory i gęsty, bo dawno go nie golił, bo nie miał na to czasu, a w gębie tlił się papieros, którym raz po raz się zaciągał. Flor mogła się domyślić, że jak tylko tego spali to pojawi się też kolejny – nikt nie potrafił go oduczyć palenia. Pachniał wodą kolońską, ale w tym zapachu dominował również dym nikotynowy, który był jego integralną częścią.
Parsknął śmiechem na jej słowa odnośnie jego brata. Sam czasami ucierał nosa Edwardowi, ale był dla niego ważną osobą, to on w głównej mierze przyczynił się do jego wychowania, bo rodzice nie za bardzo się do tego kwapili, najpierw były niańki, a potem zostawał podrzucany do Edwarda, aby wdrożył go w rodzinne interesy. Miał jeszcze jakąś relacje z matką, a z ojcem trochę średnio. Tak, brat go wkurzał, że próbował mu znaleźć żonę i że wytypował do tego Lycoris. Nie miał teraz głowy do małżeństwa, płodzenia dzieci i zakładania rodziny. Vincent był osobą, która naprawdę nie nadawała się do takiego trybu życia. On lubił brudzić ręce, lubił łazić po lasach, zarywać nocki na polowaniach na tych przeklętych kłusowników – wracanie wieczorami do domu, do dzieci i żony było ostatnią wizją w jego głowie jaką mógł sobie w niej uroić.
– Chyba aż tak źle nie jest – odpowiedział jej ze śmiechem, rzucił peta na ziemię, zdeptał i odpalił kolejnego. Zaczynał się już niecierpliwić w tej kolejce do wianków, ale był ciekawy jaki mu się wylosuje. Jak już tu dotarł to czemu nie skorzystać z uroków sabatu. Martwił się, że skończy się jak na Beltane, ale pojawił się tu, aby chociaż trochę zadbać o jakiekolwiek bezpieczeństwo.
Spojrzał na nią z góry i skinął głową. Rozumiał ją, sam odebrał swój wianek, gdy już dotarli do Abbottówny. Popatrzył na niego, mrugnął do Flo i nałożył go sobie na głowę, aby sprawdzić, czy faktycznie będzie tak źle jak roiło się w rozsądnej głowie swojej siostrzenicy.
– Wyluzuj, nie będzie tak źle jak ostatnio, czuję to w kościach – odpowiedział, ale jego przeczucie nie imało się do tego, które posiadała Florence, bo w końcu ona miała dar, a on miał po prostu dar do pierdolenia głupot. – No, Edward to w ogóle. Suszy mi głowę prawie za każdym razem jak tylko mnie zobaczy, mam już tego dosyć – prychnął i zaciągnął się nerwowo dymem. Ten temat go drażnił i w sumie dlatego też nie pojawił się na Beltane. Tu był w jakimś stopniu bezpieczny, nie? Przesunął się z nią od straganu z wiankami i ruszył w głąb zbiorowiska.
Zobaczyłaś noc. Parę spacerujących nóg, zgniatających raz po raz liście leśnej ściółki. Pojawił się rzut na jakiś bliżej nieokreślony obóz, a potem spory dół, w którego kierunku zmierzały dwie osoby.
!wianki