28.11.2023, 14:50 ✶
- Edward bardzo nie lubi słyszeć i dostrzegać prawdy, Vincencie. I nie lubi tych, którzy rzucają mu ją w twarz, a ja z kolei nie lubię fałszu i ślepoty - powiedziała, bo tak, było aż tak źle: Vincentowi Prewettowi zaś zależało na bracie i lepiej, by milczał o niej, aby ten nie kazał mu wybierać.
Zamrugała, w chwili, w której mężczyzna odbierał swój wianek.
Oczywiście, że coś planował...
Ale nie, nie była tym nawet zaskoczona. Ciemnością, butami, pod którymi trzaskały liście, znajomą sylwetką, sylwetkami, obozem, ciemność zdającą się kłębić w tej dziurze... jeżeli coś ją zaskoczyło to chyba właśnie to, że rozpoznawała nie tylko jedną osobę, choć tej drugiej osobiście nie znała.
Wciąż trzymała wianek w ręku: wianek czy też raczej prawdziwą, wspaniałą, różaną koronę, tak bardzo nie pasującą do jej stroju, choć może już do postawy, tego jak nosiła głowę i arystokratycznych niemalże rysów - owszem. Drugą dłoń uniosła zaś, sięgając ku twarzy Vincenta, by na moment podeprzeć blade palce na jego policzku. Bulstrode nigdy nie była bardzo wylewna, takie gesty rezerwowała dla rodziny i dla najbliższych przyjaciół, i zwykle, gdy miała ku nimi powód.
- Dlaczego za każdym razem, gdy widzę któregoś z was w niebezpieczeństwie, obok jest ta dziewczyna? - spytała krewnego, chociaż wiedziała, jak brzmią te słowa w czyichś uszach: wypowiedziane nagle, bo przecież Prewett nie mógł wiedzieć, co właśnie zobaczyła, nawet jeżeli już poczynił stosowne plany. - Bądź ostrożny. Patrz pod nogi. I pamiętaj, że poza różdżkami, mają kusze - dodała łagodnie, opuszczając rękę. Nie chwaliła się zwykle swoimi zdolnościami na prawo i lewo, ale jego siostra poślubiła Bulstrode, a potem razem wychowywali się: Prewett miał pełne prawo wiedzieć, że we krwi jego siostrzeńców płynęła krew Ravenclaw i ślad jej niezwykłego talentu, budzący się czasem wśród potomstwa czarodziejki.
Drobne ostrzeżenie, które może się przyda, a może nie.
- Krwawnik. Do twarzy ci w tym wianku, Vincencie. Ta roślina, odpowiednio zastosowana, powstrzymuje krwawienie i, tematycznie do naszej rozmowy, symbolizuje... szczęście w małżeństwie - powiedziała, ujmując go pod rękę. Oczywiście nie tę, w której trzymał papierosa. Ruszyła wraz z nim w stronę ognisk, tam gdzie tańczyły kapłanki. Nie była zielarką, nie umiała hodować ziół, ale potrafiła dobrać właściwą kurację dla chorego. - Róże to królewskie kwiaty.
Zamrugała, w chwili, w której mężczyzna odbierał swój wianek.
Oczywiście, że coś planował...
Ale nie, nie była tym nawet zaskoczona. Ciemnością, butami, pod którymi trzaskały liście, znajomą sylwetką, sylwetkami, obozem, ciemność zdającą się kłębić w tej dziurze... jeżeli coś ją zaskoczyło to chyba właśnie to, że rozpoznawała nie tylko jedną osobę, choć tej drugiej osobiście nie znała.
Wciąż trzymała wianek w ręku: wianek czy też raczej prawdziwą, wspaniałą, różaną koronę, tak bardzo nie pasującą do jej stroju, choć może już do postawy, tego jak nosiła głowę i arystokratycznych niemalże rysów - owszem. Drugą dłoń uniosła zaś, sięgając ku twarzy Vincenta, by na moment podeprzeć blade palce na jego policzku. Bulstrode nigdy nie była bardzo wylewna, takie gesty rezerwowała dla rodziny i dla najbliższych przyjaciół, i zwykle, gdy miała ku nimi powód.
- Dlaczego za każdym razem, gdy widzę któregoś z was w niebezpieczeństwie, obok jest ta dziewczyna? - spytała krewnego, chociaż wiedziała, jak brzmią te słowa w czyichś uszach: wypowiedziane nagle, bo przecież Prewett nie mógł wiedzieć, co właśnie zobaczyła, nawet jeżeli już poczynił stosowne plany. - Bądź ostrożny. Patrz pod nogi. I pamiętaj, że poza różdżkami, mają kusze - dodała łagodnie, opuszczając rękę. Nie chwaliła się zwykle swoimi zdolnościami na prawo i lewo, ale jego siostra poślubiła Bulstrode, a potem razem wychowywali się: Prewett miał pełne prawo wiedzieć, że we krwi jego siostrzeńców płynęła krew Ravenclaw i ślad jej niezwykłego talentu, budzący się czasem wśród potomstwa czarodziejki.
Drobne ostrzeżenie, które może się przyda, a może nie.
- Krwawnik. Do twarzy ci w tym wianku, Vincencie. Ta roślina, odpowiednio zastosowana, powstrzymuje krwawienie i, tematycznie do naszej rozmowy, symbolizuje... szczęście w małżeństwie - powiedziała, ujmując go pod rękę. Oczywiście nie tę, w której trzymał papierosa. Ruszyła wraz z nim w stronę ognisk, tam gdzie tańczyły kapłanki. Nie była zielarką, nie umiała hodować ziół, ale potrafiła dobrać właściwą kurację dla chorego. - Róże to królewskie kwiaty.