28.11.2023, 20:41 ✶
— Dzięki — przebąknęła nieśmiało, bo komplement ojca wprawił ją z jakiegoś niewyjaśnionego powodu w zakłopotanie.
Przywdziany wianek tchnął w nią nowe, nieodkryte pokłady energii; płuca zdawały się zwiększyć swoją obiętość, a powietrze, pomimo dymu paleniska, zdawało się być bardziej rześkie i prężne.
— Dzień dobry panie Selwyn — przywitała się z nim w swojej pełnej, sztywniackiej krasie. Obłapiła go nieeleganckim jak na swoją osobę spojrzeniem, oceniając ubranie począwszy od butów, aż po czubek głowy. Nie wiedziała jak się do chłopa odnosić – czy być mu przyjazną i udawać, że nigdy nie złamał (?) ojcu serca, czy rzucać w niego lotkami ulepionymi z fochów. Jako kobieta przecież doskonale coś takiego umiała, nawet jeśli wydawało jej się, że się z tym nie obnosi. Ostatecznie wybrała chłodnie uprzejmą kartonowatość w kolorze tynku. Laurence i tak nie zwracał na nią uwagi.
Pozwoliła mężczyznom rozmawiać, a w międzyczasie wodziła wzrokiem pośród raczących się zachodzących słońcem i rozmową par, grupek mniejszych i większych, wychwytując w nich twarze znajome oraz bliskie. Najpierw rozpoznała ognistowłosą Olivię u boku Leona. Odnotowała w pamięci by do nich podejść, gdy ojciec z Larrym zaczną do siebie robić słodkie oczka i zacznie ją już ostro mdlić od tego widoku. Chociaż... czy oni mogli być na randce? Cholera, Timmy się za żadne skarby świata na tym nie znała. Mimo iż podczas Lithy docelowo nie celebrowało się miłości, to zapewne połowa świętujących była tu z rodzinami, a druga...zaraz, o czym właśnie myślała? Nie miało to już znaczenia, bowiem wzrok odnalazł wysoką sylwetkę Sary Macmillan z bratem Murtaghiem oraz... Levim. Gruba gula osiadła na dnie jej żołądka, a w umyśle zapaliła się czerwona lampka naganiająca do ucieczki.
— Przepraszam was, pójdę się przywitać ze znajomymi. Wkrótce do was dołączę.
Odeszła pospiesznie najpierw na bok, potem trochę do przodu, do tyłu, ewidentnie tracąc ruchową koordynację (albo nieświadomie rozkręcając się do tańczenia salsy). Wlepiła się w mały tłum nowoprzybyłej rodziny, zrobiła kilka głębszych, króliczych kroków, tym samym zbliżając się do paleniska. Skoncentrowała się na płomieniu wokół, którego tańczyły kapłanki i to właśnie w głąb jego jęzorów pragnęła zajrzeć. Przynajmniej na chwilę, tak aby wzrokiem nie dryfować wokół malunków znajomych jej facjat.
!płomienie
Przywdziany wianek tchnął w nią nowe, nieodkryte pokłady energii; płuca zdawały się zwiększyć swoją obiętość, a powietrze, pomimo dymu paleniska, zdawało się być bardziej rześkie i prężne.
— Dzień dobry panie Selwyn — przywitała się z nim w swojej pełnej, sztywniackiej krasie. Obłapiła go nieeleganckim jak na swoją osobę spojrzeniem, oceniając ubranie począwszy od butów, aż po czubek głowy. Nie wiedziała jak się do chłopa odnosić – czy być mu przyjazną i udawać, że nigdy nie złamał (?) ojcu serca, czy rzucać w niego lotkami ulepionymi z fochów. Jako kobieta przecież doskonale coś takiego umiała, nawet jeśli wydawało jej się, że się z tym nie obnosi. Ostatecznie wybrała chłodnie uprzejmą kartonowatość w kolorze tynku. Laurence i tak nie zwracał na nią uwagi.
Pozwoliła mężczyznom rozmawiać, a w międzyczasie wodziła wzrokiem pośród raczących się zachodzących słońcem i rozmową par, grupek mniejszych i większych, wychwytując w nich twarze znajome oraz bliskie. Najpierw rozpoznała ognistowłosą Olivię u boku Leona. Odnotowała w pamięci by do nich podejść, gdy ojciec z Larrym zaczną do siebie robić słodkie oczka i zacznie ją już ostro mdlić od tego widoku. Chociaż... czy oni mogli być na randce? Cholera, Timmy się za żadne skarby świata na tym nie znała. Mimo iż podczas Lithy docelowo nie celebrowało się miłości, to zapewne połowa świętujących była tu z rodzinami, a druga...zaraz, o czym właśnie myślała? Nie miało to już znaczenia, bowiem wzrok odnalazł wysoką sylwetkę Sary Macmillan z bratem Murtaghiem oraz... Levim. Gruba gula osiadła na dnie jej żołądka, a w umyśle zapaliła się czerwona lampka naganiająca do ucieczki.
— Przepraszam was, pójdę się przywitać ze znajomymi. Wkrótce do was dołączę.
Odeszła pospiesznie najpierw na bok, potem trochę do przodu, do tyłu, ewidentnie tracąc ruchową koordynację (albo nieświadomie rozkręcając się do tańczenia salsy). Wlepiła się w mały tłum nowoprzybyłej rodziny, zrobiła kilka głębszych, króliczych kroków, tym samym zbliżając się do paleniska. Skoncentrowała się na płomieniu wokół, którego tańczyły kapłanki i to właśnie w głąb jego jęzorów pragnęła zajrzeć. Przynajmniej na chwilę, tak aby wzrokiem nie dryfować wokół malunków znajomych jej facjat.
!płomienie