28.11.2023, 20:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2023, 22:04 przez Anthony Ian Borgin.)
Tosiek sam nie wiedział, co o tym myśleć. Oczywiście wierzył w wyższość czystości krwi, brzydził się szlmamami, ale w gruncie rzeczy, miał przecież ciekawsze rzeczy do roboty niż noszenie tej durnej maski rodem z cyrku. Był jednak Borginem, a co z tym idzie, miał na ramionach ciężar odpowiedzialności za ród, jako jego dziedzic, bo Stasiek nie chciał pełnić tej funkcji, chociaż nadawałby się milion razy bardziej, niż on. Odwlekał więc ten moment tak długo, jak jego własna rodzina odwlekała wtajemniczenie go w te wszystkie konspiracje. Ciemne sprawy, które przecież na zawsze zmienią jego życie i będą w późniejszym etapie życie miały jakieś konsekwencje. Nie wspominając już o Brennie, która brzydziła się poplecznikami popularnego ostatnio Czarnoksiężnika. Westchnął, czując, jak schowane w kieszeni palce zaciskają się w pięści.
Tylko dlaczego na Merlina, był tak kurwa popularny, że wybrał go sobie sam Robert? Nie był przecież świeżakiem, miał szacunek wśród Śmierciożerców i sam Voldi zdawał się go lubić. Przeskrobał coś sobie? Stanley przegrał jakiś zakład, miał przejść wielki test inicjacyjny, który znając jego szczęście, po prostu spierdoli? Wijące się pasmo włosów opadło mu niesfornie na czoło, a spojrzenie powędrowało gdzieś przed siebie. Nie chodziło o to, że Antek się Roberta, bo, bo miał od dawna zaburzone poczucie strachu. Im trudniejsza sytuacja była, tym głupsze i odważniejsze rzeczy robił, nie mając później dla nich żadnego logicznego wytłumaczenia.
Czuł pod palcami zwinięty pergamin, który dostał, nieprzyjemnie szorstki. Nie miła powodu i pozycji, żeby odmawiać pojawienia się na spotkaniu i pomocy komuś, kto był przecież na samej górze łańcucha organizacji, podczas gdy on sam był raptem małym i niewinnym koteczkiem. Był zawsze punktualny, ba, zjawiał się przed czasem, przyzwyczajony do takiego wymogu w pracy. Ubrany nienagannie elegancko, dopasowany i szyty na miarę garnitur z czarnym płaszczem, który miał chronić przed rześkim, ale paskudnie zimnym powietrzem. Chociaż w Wielkiej Brytanii luty był czasem bardziej pluchy niż śniegu, wciąż kilka jego kupek leżało gdzieś, maskując gnijące liście. Ona znów przypominały Antkowi ich obecne społeczeństwo. Przełknął lodowatego powietrza, pozwalając mu dostać się do płuc i roznieść dreszczem po ciele, zwilżył wargi, bo chciało mu się palić, chociaż nie umiał określić, czy było to spowodowane podekscytowaniem, czy może zdenerwowaniem. Zerknął na zegarek, wysuwając go spod rękawa i obrócił w dłoniach monetą, wzdychając kolejny raz.
Jak on kurwa nienawidził świstoklików.
Pojawił się o dziwo dość zgrabnie, pomimo uścisku w żołądku, czując od razu wilgoć i stęchliznę, na co uniósł nieco brew, prostując się. Wsunął monetę do kieszeni, strzepnął z rękawa drobinki kurzu z podłogi i omiótł spojrzeniem wnętrze, ściągając brwi. Nie bardzo wiedział, czego właściwie powinien się spodziewać po tym zadaniu, jak i po samym Robercie. Melina, idealna lokalizacja dla życiowych nieudaczników oraz alkoholików.
Otwierał usta, żeby skomentować w jakiś sposób mężczyznę, który odnosił brudne naczynia własnymi rękoma, ale na szczęście ten go ubiegł, bo pewnie skończyłby z crucio na ryju. Uśmiechnął się krótko, kiwając głową na przywitanie.
- Urodziłem się gotowy, tylko nie bardzo wiem, do czego aktualnie mam być gotowy? Mam nadzieję, że nie sprzątania. Nie jestem dobry w sprzątaniu. - przyznał szczerze, bezradnie wzruszając ramionami. Zrobił krok w jego stronę, błyszczące i wciąż pełne młodzieńczego wigoru spojrzenie Anthonyego przesunęło się po twarzy Roberta z zaciekawieniem. Starał się ignorować nieco przyśpieszony puls, czy narastającą potrzebę wypełnienia płuc dymem nikotynowym. - Slchebia mi to, ze wybrałeś sobie mnie do pomocy, naprawdę, ale ja jestem.. No wiesz..-pokazał palcami małą odległość od siebie, przenosząc na chwilę wzrok na uniesioną dłoń. - - A Ty jesteś grubą rybą. To znaczy nie, że sugeruję Ci nadwagę. -dodał całkiem bezpośrednio, aczkolwiek głosem dość spokojnym i pogodnym, charakterystycznym dla niego w codziennym życiu. Nigdy nie miał problemu z czuciem się swobodnie przy ludziach, nawet obcych, przez co znów rodził się w młodym Borginie olbrzymi problem do autorytetów i okazywania szacunku. - Palisz?
Tylko dlaczego na Merlina, był tak kurwa popularny, że wybrał go sobie sam Robert? Nie był przecież świeżakiem, miał szacunek wśród Śmierciożerców i sam Voldi zdawał się go lubić. Przeskrobał coś sobie? Stanley przegrał jakiś zakład, miał przejść wielki test inicjacyjny, który znając jego szczęście, po prostu spierdoli? Wijące się pasmo włosów opadło mu niesfornie na czoło, a spojrzenie powędrowało gdzieś przed siebie. Nie chodziło o to, że Antek się Roberta, bo, bo miał od dawna zaburzone poczucie strachu. Im trudniejsza sytuacja była, tym głupsze i odważniejsze rzeczy robił, nie mając później dla nich żadnego logicznego wytłumaczenia.
Czuł pod palcami zwinięty pergamin, który dostał, nieprzyjemnie szorstki. Nie miła powodu i pozycji, żeby odmawiać pojawienia się na spotkaniu i pomocy komuś, kto był przecież na samej górze łańcucha organizacji, podczas gdy on sam był raptem małym i niewinnym koteczkiem. Był zawsze punktualny, ba, zjawiał się przed czasem, przyzwyczajony do takiego wymogu w pracy. Ubrany nienagannie elegancko, dopasowany i szyty na miarę garnitur z czarnym płaszczem, który miał chronić przed rześkim, ale paskudnie zimnym powietrzem. Chociaż w Wielkiej Brytanii luty był czasem bardziej pluchy niż śniegu, wciąż kilka jego kupek leżało gdzieś, maskując gnijące liście. Ona znów przypominały Antkowi ich obecne społeczeństwo. Przełknął lodowatego powietrza, pozwalając mu dostać się do płuc i roznieść dreszczem po ciele, zwilżył wargi, bo chciało mu się palić, chociaż nie umiał określić, czy było to spowodowane podekscytowaniem, czy może zdenerwowaniem. Zerknął na zegarek, wysuwając go spod rękawa i obrócił w dłoniach monetą, wzdychając kolejny raz.
Jak on kurwa nienawidził świstoklików.
Pojawił się o dziwo dość zgrabnie, pomimo uścisku w żołądku, czując od razu wilgoć i stęchliznę, na co uniósł nieco brew, prostując się. Wsunął monetę do kieszeni, strzepnął z rękawa drobinki kurzu z podłogi i omiótł spojrzeniem wnętrze, ściągając brwi. Nie bardzo wiedział, czego właściwie powinien się spodziewać po tym zadaniu, jak i po samym Robercie. Melina, idealna lokalizacja dla życiowych nieudaczników oraz alkoholików.
Otwierał usta, żeby skomentować w jakiś sposób mężczyznę, który odnosił brudne naczynia własnymi rękoma, ale na szczęście ten go ubiegł, bo pewnie skończyłby z crucio na ryju. Uśmiechnął się krótko, kiwając głową na przywitanie.
- Urodziłem się gotowy, tylko nie bardzo wiem, do czego aktualnie mam być gotowy? Mam nadzieję, że nie sprzątania. Nie jestem dobry w sprzątaniu. - przyznał szczerze, bezradnie wzruszając ramionami. Zrobił krok w jego stronę, błyszczące i wciąż pełne młodzieńczego wigoru spojrzenie Anthonyego przesunęło się po twarzy Roberta z zaciekawieniem. Starał się ignorować nieco przyśpieszony puls, czy narastającą potrzebę wypełnienia płuc dymem nikotynowym. - Slchebia mi to, ze wybrałeś sobie mnie do pomocy, naprawdę, ale ja jestem.. No wiesz..-pokazał palcami małą odległość od siebie, przenosząc na chwilę wzrok na uniesioną dłoń. - - A Ty jesteś grubą rybą. To znaczy nie, że sugeruję Ci nadwagę. -dodał całkiem bezpośrednio, aczkolwiek głosem dość spokojnym i pogodnym, charakterystycznym dla niego w codziennym życiu. Nigdy nie miał problemu z czuciem się swobodnie przy ludziach, nawet obcych, przez co znów rodził się w młodym Borginie olbrzymi problem do autorytetów i okazywania szacunku. - Palisz?