28.11.2023, 20:56 ✶
To, co zaproponowała Avelina brzmiało sensownie, aczkolwiek jakoś nie widziałem przyszłości dla podobnego układu. Jak mógłbym trzymać się od niej z daleka? Nie dotykać jej? Nie całować? Nie uwodzić i nie komplementować...? Wciąż, choć moje zachowanie na to nie wskazywało, najchętniej zaciągnąłbym ją do łóżka by móc z nią być tak blisko jak jeszcze nigdy, żeby się wtulić w jej nagą skórę, dotykać ją wszędzie własnym nagim ciałem. Chciałem być bliżej niż przyjaciel. Ale co, jeśli tylko na tyle mogłem sobie pozwolić? Stać grzecznie z boku, w szeregu i być szarą masą, która będzie po prostu na każde jej zawołanie? To zawsze jakiś wariant, wyjście z paskudnej sytuacji. Przynajmniej wiedziałbym, że u niej wszystko w porządku, że nie dzieje jej się źle... Czy może ma kogoś.
Pokiwałem głową, ale nie powiedziałem nic. Żadne słowa nie były w stanie wyrazić tego, co czułem. Paskudne paskudztwo. Niesmak. Niedosyt. Ból. Niemoc. Złamanie. Beznadziejność. Tak... To wszystko razem zebrane w jeden worek i nie określiłbym go mianem odważnego. W żadnym stopniu. W sensie tego worka opatrzonego napisem Augustus Rookwood.
Ruszyłem za nią. Nogi same mnie prowadziły, ale nim ją dotknąłem, zatrzymałem się w pół drogi dłonią ku jej ramieniu, bo słyszałem jej słowa. Raniły mnie. Raniły mnie, bo raniły ją. Nawet nie pomyślałem, kiedy jej to wyznawałem... że to może jednak nie na miejscu, że będzie się źle czuła, kiedy ja to wypowiem. Najchętniej cofnąłbym czas i zmienił swoje słowa na inne, mniej istotne albo żadne.
Postąpiłem te dwa kroki do przodu by stanąć obok niej, obrócić się w jej stronę, by na nią spojrzeć i ją zmusić do tego samego, kładąc dłonie na jej policzkach. Pogładziłem je czule. Byłem podłamany, ale jedno było pewne - nie mamiłem jej, nie mąciłem. Byłem w tym wszystkim szczery i nie zamierzałem kłamać.
- Avelina, ja ciebie kocham. Nie żartuję, nie oszukuję, nie mącę, a już na pewno nie traktuję jako opcji numer dwa, na czarną godzinę. Po prostu... to jak się przy tobie czuję... Bardzo to lubię. Tę swobodę. Jesteś zawsze taka naturalna, taka prawdziwa. Jesteś przemiła, ale potrafisz postawić na swoim. Jesteś jak ogień, który ogrzewa moje serce... Nie chcę ci kłamać, że nie kocham żony, ale uczucia do niej są kompletnie inne, mniej intensywnie, nie biorą się... Sam nie wiem, skąd uczucia do ciebie się we mnie biorą. Po prostu czuję, że potrzebuję być blisko. Ostatnio wciąż o to walczę, jak gdyby to były moje ostatnie hausty powietrza, o ile wiesz, co mam na myśli, bo to wszystko wydaje się być... wariackie? - odparłem na jej oskarżenia, uwagi. Nie chciałem by Avelina płakała, by czuła się źle, gorsza albo cokolwiek. Miała rację. Jednak namąciłem. To wszystko była moja wina... Gdybym nie chciał być z nią do bólu szczery, gdybym mówił część tego wszystkiego, a przede wszystkim gdybym nie układał się z nią w szkole ani w dorosłym życiu, to... mielibyśmy święty spokój. Tak.
Zabrałem swoje dłonie z jej twarzy, choć pewnie sama je strąciła. Wycofałem się o krok. To ja byłem tu mąciwodą, jej unieszczęśliwieniem. Potworem, za którego mnie miała. Fałszywym przyjacielem, który powinien przy niej być i ją pocieszać, a nie jeszcze bardziej mieszać.
- Przepraszam. Nie chciałem źle, po prostu... sam się w tym wszystkim gubię. Ciężko pojąć to myślami, słowami tym bardziej. Nie wiem, czemu cię... - zacząłem, dławiąc w sobie słowo kocham, bo nie było tu już na miejscu. Było słowem zakazanym. - Nie wiem, czemu cię tak bardzo lubię, ale dołożę wszelkich starań by być twoim przyjacielem. Poukładam to sobie - odparłem, właściwie obiecałem. Jakaś rozpacz się we mnie zbierała, ale przerwałem jej tajfun. Nie mogłem. Rozterki zostawiałem na później, a teraz... mogliśmy swobodnie skończyć ten dzień. Było miło. Przez chwilę przynajmniej. Wtedy, kiedy mnie nie bili i kiedy nie chcieliśmy ronić łez. Krótka podróż pociągiem w nieznane, spontaniczna kąpiel w stawie i mało przyjacielskie macanki, ale te pocałunki zapamiętam sobie na zawsze. Pocałunki z przyjaciółką.
Pokiwałem głową, ale nie powiedziałem nic. Żadne słowa nie były w stanie wyrazić tego, co czułem. Paskudne paskudztwo. Niesmak. Niedosyt. Ból. Niemoc. Złamanie. Beznadziejność. Tak... To wszystko razem zebrane w jeden worek i nie określiłbym go mianem odważnego. W żadnym stopniu. W sensie tego worka opatrzonego napisem Augustus Rookwood.
Ruszyłem za nią. Nogi same mnie prowadziły, ale nim ją dotknąłem, zatrzymałem się w pół drogi dłonią ku jej ramieniu, bo słyszałem jej słowa. Raniły mnie. Raniły mnie, bo raniły ją. Nawet nie pomyślałem, kiedy jej to wyznawałem... że to może jednak nie na miejscu, że będzie się źle czuła, kiedy ja to wypowiem. Najchętniej cofnąłbym czas i zmienił swoje słowa na inne, mniej istotne albo żadne.
Postąpiłem te dwa kroki do przodu by stanąć obok niej, obrócić się w jej stronę, by na nią spojrzeć i ją zmusić do tego samego, kładąc dłonie na jej policzkach. Pogładziłem je czule. Byłem podłamany, ale jedno było pewne - nie mamiłem jej, nie mąciłem. Byłem w tym wszystkim szczery i nie zamierzałem kłamać.
- Avelina, ja ciebie kocham. Nie żartuję, nie oszukuję, nie mącę, a już na pewno nie traktuję jako opcji numer dwa, na czarną godzinę. Po prostu... to jak się przy tobie czuję... Bardzo to lubię. Tę swobodę. Jesteś zawsze taka naturalna, taka prawdziwa. Jesteś przemiła, ale potrafisz postawić na swoim. Jesteś jak ogień, który ogrzewa moje serce... Nie chcę ci kłamać, że nie kocham żony, ale uczucia do niej są kompletnie inne, mniej intensywnie, nie biorą się... Sam nie wiem, skąd uczucia do ciebie się we mnie biorą. Po prostu czuję, że potrzebuję być blisko. Ostatnio wciąż o to walczę, jak gdyby to były moje ostatnie hausty powietrza, o ile wiesz, co mam na myśli, bo to wszystko wydaje się być... wariackie? - odparłem na jej oskarżenia, uwagi. Nie chciałem by Avelina płakała, by czuła się źle, gorsza albo cokolwiek. Miała rację. Jednak namąciłem. To wszystko była moja wina... Gdybym nie chciał być z nią do bólu szczery, gdybym mówił część tego wszystkiego, a przede wszystkim gdybym nie układał się z nią w szkole ani w dorosłym życiu, to... mielibyśmy święty spokój. Tak.
Zabrałem swoje dłonie z jej twarzy, choć pewnie sama je strąciła. Wycofałem się o krok. To ja byłem tu mąciwodą, jej unieszczęśliwieniem. Potworem, za którego mnie miała. Fałszywym przyjacielem, który powinien przy niej być i ją pocieszać, a nie jeszcze bardziej mieszać.
- Przepraszam. Nie chciałem źle, po prostu... sam się w tym wszystkim gubię. Ciężko pojąć to myślami, słowami tym bardziej. Nie wiem, czemu cię... - zacząłem, dławiąc w sobie słowo kocham, bo nie było tu już na miejscu. Było słowem zakazanym. - Nie wiem, czemu cię tak bardzo lubię, ale dołożę wszelkich starań by być twoim przyjacielem. Poukładam to sobie - odparłem, właściwie obiecałem. Jakaś rozpacz się we mnie zbierała, ale przerwałem jej tajfun. Nie mogłem. Rozterki zostawiałem na później, a teraz... mogliśmy swobodnie skończyć ten dzień. Było miło. Przez chwilę przynajmniej. Wtedy, kiedy mnie nie bili i kiedy nie chcieliśmy ronić łez. Krótka podróż pociągiem w nieznane, spontaniczna kąpiel w stawie i mało przyjacielskie macanki, ale te pocałunki zapamiętam sobie na zawsze. Pocałunki z przyjaciółką.