28.11.2023, 22:08 ✶
Może i Laurent nie piszczałby z zachwytu - ale ona nie miała żadnych oporów przed tym, by wyrażać na głos swoją radość. A była szczęśliwa: chociaż trochę czuła się winna temu, że Prewett za wszystko płacił. Dla niego to pewnie było jak splunąć, ale dla niej... Ona myślała trochę innymi kategoriami. Ale skoro nalegał, to byłaby jeszcze głupsza niż wszyscy myśleli, gdyby miała odmówić.
I tak znaleźli się w Chinach. Wielkim - nie, OGROMNYM kraju, w którym nie tylko ludzie mówili innym językiem, ale również mieli inny alfabet. Wyglądali inaczej, tak... pięknie. Wszystko tu było takie inne, piękne, nawet powietrze było zupełnie inne. To było coś, co uderzyło rudą od razu gdy tylko znaleźli się w tym pięknym kraju.
Olivia zdawała się być przeciwieństwem Laurenta. O wszystko pytała przewodnika, doskakiwała do pięknych wystaw i zdecydowanie przyciągała wzrok - i to nie dlatego, że była zjawiskową pięknością, ale dlatego, że zachowywała się niezwykle emocjonalnie, wylewnie i na dodatek była ruda. Laurent zresztą też przyciągał wzrok, chociaż z zupełnie innych powodów. Wysoki blondyn, dobrze ubrany i kompletnie inny od tej wariatki, z którą szedł ulicami Lijiang.
- Jest absolutnie cudownie! - przewodnik chyba cieszył się, że na krótką chwilę Laurent przejął pałeczkę rozmowy, bo dziewczyna dosłownie nie dawała mu żyć. Pytała go dosłownie o wszystko. O pogodę, o to w co wierzą, co jedzą i jak robią ryż. Była zaskoczona, gdy wypowiedział kilka słów, które brzmiały dla niej tak samo, ale odpowiednia intonacja zmieniała całe znaczenie wyrazu. - Tu jest tak... inaczej! Wszystko jest inne, wszystko jest piękne. I naprawdę nie mogę doczekać się ceremonii. Obiecuję, że będę cicho!
Prawie podskoczyła z radości. Co prawda bywała... energiczna, ale Laurent zdążył już się zorientować, że gdy chciała, umiała siedzieć cicho. Zwykle bywało to na początku znajomości, zupełnie jakby Olivia wstydziła się nowych ludzi, bała przed nimi otworzyć. Ich pierwsze spotkanie było kompletnie inne od tego, które mieli teraz. Jakby Quirke mogła w końcu być sobą, bo zaufała Laurentowi na tyle, by nie hamować swoich reakcji.
- A tobie? - odwróciła głowę w jego stronę i z gracją godną kota wyminęła ludzi, na których prawie wpadła, bo nie patrzyła przed siebie.
I tak znaleźli się w Chinach. Wielkim - nie, OGROMNYM kraju, w którym nie tylko ludzie mówili innym językiem, ale również mieli inny alfabet. Wyglądali inaczej, tak... pięknie. Wszystko tu było takie inne, piękne, nawet powietrze było zupełnie inne. To było coś, co uderzyło rudą od razu gdy tylko znaleźli się w tym pięknym kraju.
Olivia zdawała się być przeciwieństwem Laurenta. O wszystko pytała przewodnika, doskakiwała do pięknych wystaw i zdecydowanie przyciągała wzrok - i to nie dlatego, że była zjawiskową pięknością, ale dlatego, że zachowywała się niezwykle emocjonalnie, wylewnie i na dodatek była ruda. Laurent zresztą też przyciągał wzrok, chociaż z zupełnie innych powodów. Wysoki blondyn, dobrze ubrany i kompletnie inny od tej wariatki, z którą szedł ulicami Lijiang.
- Jest absolutnie cudownie! - przewodnik chyba cieszył się, że na krótką chwilę Laurent przejął pałeczkę rozmowy, bo dziewczyna dosłownie nie dawała mu żyć. Pytała go dosłownie o wszystko. O pogodę, o to w co wierzą, co jedzą i jak robią ryż. Była zaskoczona, gdy wypowiedział kilka słów, które brzmiały dla niej tak samo, ale odpowiednia intonacja zmieniała całe znaczenie wyrazu. - Tu jest tak... inaczej! Wszystko jest inne, wszystko jest piękne. I naprawdę nie mogę doczekać się ceremonii. Obiecuję, że będę cicho!
Prawie podskoczyła z radości. Co prawda bywała... energiczna, ale Laurent zdążył już się zorientować, że gdy chciała, umiała siedzieć cicho. Zwykle bywało to na początku znajomości, zupełnie jakby Olivia wstydziła się nowych ludzi, bała przed nimi otworzyć. Ich pierwsze spotkanie było kompletnie inne od tego, które mieli teraz. Jakby Quirke mogła w końcu być sobą, bo zaufała Laurentowi na tyle, by nie hamować swoich reakcji.
- A tobie? - odwróciła głowę w jego stronę i z gracją godną kota wyminęła ludzi, na których prawie wpadła, bo nie patrzyła przed siebie.