29.11.2023, 13:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.11.2023, 14:05 przez Alexander Mulciber.)
Poczuł irracjonalny niepokój, kiedy rozcięła wnętrze dłoni nożem; wystarczyłaby kropla krwi z palca, ale Loretta zawsze miała skłonności do dramatyzmu. Zastanawiał się, czy właśnie tak się czuła, kiedy przy niej brał; kiedy śledziła krew z żyły wypełniającą tłok strzykawki, zanim odkładał sprzęt na bok, i wyciągał do niej rękę, by przyszła się oprzeć o jego ramię.
Cóż, ona nie potrzebowała walić po kablach; krew krążąca w jej żyłach miała te same właściwości, co heroina.
– Wiesz, że zawsze byłaś tylko ty. – Kiedy jej głos drżał tak od nadmiaru tłumionych emocji, poczuł się chciany; poczuł się dobrze ze świadomością, że wzbudza takie poruszenie w chaotycznym wnętrzu Loretty, że aż sama zdawała się rozpadać w obliczu konieczności wyboru; poczuł się lepiej z myślą, że mimo wszystkich jego błędów, ona dalej widziała w nim tego samego mężczyznę, który uwiódł ją bezwstydnie tyle lat temu; że w tym cieniu prawdziwego Alexandra Mulcibera, jakim się stał, ona znajdowała coś godnego podziwu, godnego miłości; godnego jej łez, nieważne, czy prawdziwych, czy udawanych.
Więc dlaczego jego głos także załamał się pod ciężarem jakiejś przedziwnej goryczy? Nie dlatego, że miał jeszcze jakieś wątpliwości – po prawdzie, nie pamiętał nawet, kiedy ostatnio był z inną kobietą niż Loretta: jeżeli nawet taka się nawinęła, na pewno nazwał ją imieniem Lestrangeówny – ta gorycz była równie nieoczekiwana dla niego, co i dla niej, zwłaszcza, że nie spuszczał oczu z jej twarzy, a w jego spojrzeniu była głęboka tęsknota, którą rzadko pozwalał sobie okazywać.
Nie potrafił inaczej nazwać tych uczuć. To zawsze byłaś tylko ty, odbijało się echem w jego głowie, aż zacisnął na chwilę oczy, bo czuł, że jeszcze chwila, a zaleje go zgubna lawina irracjonalnych emocji. Wiedział już, skąd ta gorycz: nawet kiedy zamykał oczy, jej twarz czaiła się gdzieś tam, z tyłu jego umysłu, dostrzegalna tylko na peryferiach jego pola widzenia, ukryta nawet przed jego trzecim okiem, a jednak – wciąż obecna.
Wiedział, że zaraz zaczną się halucynacje. Że jej krew zmieszana z winem rzuci ich oboje na kolana. A jednak, kiedy widział cień uśmiechu Loretty w delikatnej mgiełce wypełniającej wnętrze szklanej kuli, słyszał jej sprężyste kroki i stukot obcasów, kiedy siedział samotnie w swoim mieszkaniu, kątem oka dostrzegał odbicie jej twarzy w tafli lustra, goląc się o poranku… Wtedy był przecież niemalże trzeźwy.
W pewnym momencie mógł myśleć, że jego związek z Lorettą jest niczym więcej aniżeli igraszką, wysmakowaną rozrywką dwójki równie zepsutych arystokratów, perwersyjną grą. A teraz? To zawsze byłaś tylko ty, powiedział, ale nie oddawało to przeklętej obsesji, która kazała mu doszukiwać się jej we wszystkim dookoła. Nieważne, gdzie się udał. Nieważne, jak daleko uciekał, zdeterminowany, by na powrót odnaleźć swoją samotność. Loretta zawsze była w jego myślach.
– To zawsze będziesz tylko ty. – powtórzył; tym razem mocno, zdecydowanie, jego wzrok na powrót stalowy, chociaż tym razem nie przypominał zimnej klingi, która ucinała niewygodne dyskusje; teraz Axel podawał jej miecz swojego spojrzenia jak rycerz, który oczekiwał na pasowanie.
– Kocham cię. Jestem cały twój, Loretto. – Przez chwilę niemal chciał się roześmiać, choć przecież był absolutnie poważny. – Z całym dobrodziejstwem inwentarza, niestety. – Ich ręce pozostawały splecione. – Nie chcę za to przepraszać, ani żebyś ty teraz przepraszała. Kocham cię – Wcisnął w jej rękę swój sygnet, i pokierował jej dłońmi, żeby włożyła mu go na jeden z palców.
– Nie zmieniłbym niczego, rozumiesz? Chcę… tego wszystkiego, co było. Tego, co będzie, i tego, co mamy teraz. – Wyrzucał z siebie słowa z jakąś cholerną pasją; w jego ustach wszystkie wydawały się brzmieć dziwnie szorstko, ale Loretta zdawała się dobrze znać ten przepełniony bólem i potrzebą ton. Czy to była desperacja? Może. Może to właśnie, kurwa, miłość. Kiedy musnął delikatnie jej policzek przepełnionym czułości gestem, zostawił na nim ślady krwi. Uśmiechnął się lekko na ten widok, i włożył pierścionek na jej serdeczny palec.
– Chcę ciebie – wyznał. – Zawsze będę cię kochał.
Czy smakowała inaczej, kiedy ją pocałował? Czy czuł się inaczej – czy czuł się wyzwolony spod jej czaru, kiedy mógł wreszcie powiedzieć, że stała się prawdziwie jego?
Nie. Loretta dalej pozostawała Lorettą. Ale teraz była także jego żoną.
Był pijany.
Girlandy kwiatów, wyczarowane nad wejściem do wozu, przemieniły się w kolorowe konfetti, kiedy Axel przestąpił przez próg cygańskiej przyczepy z Lorettą w ramionach; nagle zalała go feeria barw, zbyt intensywnych, zbyt żywych; pomógł stanąć żonie na nogi niemal na ślepo, i niemal mechanicznie przyjął gratulacje od kilku mieszkańców taboru, którzy obserwowali ceremonię z zewnątrz. Nie był do końca świadomy tego, co się dzieje – zbyt silnie otumaniony po wypiciu krwi zmieszanej z winem – wiedział tylko, że nie wypuścił ani na chwilę dłoni Loretty ze swojej dłoni. Nie pomagało, że dookoła nich wnosiła się i opadała zaintonowana przez szamana pieśń, piękna, swoją drogą, aż go ściskało w piersi, chociaż nie potrafił rozróżnić słów; wszystko wirowało.
Zimno, dotarło do niego dopiero po chwili. Swój płaszcz oddał przecież Lorettcie, a już opuścili wóz Shango, rozgrzany trzaskającym płomieniem paleniska i dusznym od oparów wonnych kadzideł. Ale to nie był koniec – w końcu wcześniej obiecał jej oglądanie gwiazd, prawda? Próbował skupić rozbiegane myśli, aby poszukać w głowie dawno nieużywanych podstaw wiedzy o astronomii, i wymyślić, dokąd mogliby się udać, by zobaczyć perseidy… Ach, jebać to; zatrzymał się nagle, i zaczął mamrotać z różdżką skierowaną w niebo.
Światła przypominające do złudzenia spadające gwiazdy zaczęły przecinać niebo.
Nauczył się tej sztuczki, kiedy pewnej bezsennej nocy razem z Eden Malfoy włóczyli się znudzeni po błoniach, i spontanicznie zdecydowali się sprankować uczniów piszących test z astronomii, wyczarowując na rozgwieżdżonym niebie nieistniejące gwiazdy (które Axel zaczarował dodatkowo, by ułożyły się w napis "twoja stara", co podobno któryś z egzaminowanych studentów opisał mylnie jako "konstelację Matki")..
Zwrócił spojrzenie na Lorettę.
– Teraz życie jest mi bardzo miłe – stwierdził przewrotnie, jakby od niechcenia, obejmując kobietę ramieniem.
Cóż, ona nie potrzebowała walić po kablach; krew krążąca w jej żyłach miała te same właściwości, co heroina.
– Wiesz, że zawsze byłaś tylko ty. – Kiedy jej głos drżał tak od nadmiaru tłumionych emocji, poczuł się chciany; poczuł się dobrze ze świadomością, że wzbudza takie poruszenie w chaotycznym wnętrzu Loretty, że aż sama zdawała się rozpadać w obliczu konieczności wyboru; poczuł się lepiej z myślą, że mimo wszystkich jego błędów, ona dalej widziała w nim tego samego mężczyznę, który uwiódł ją bezwstydnie tyle lat temu; że w tym cieniu prawdziwego Alexandra Mulcibera, jakim się stał, ona znajdowała coś godnego podziwu, godnego miłości; godnego jej łez, nieważne, czy prawdziwych, czy udawanych.
Więc dlaczego jego głos także załamał się pod ciężarem jakiejś przedziwnej goryczy? Nie dlatego, że miał jeszcze jakieś wątpliwości – po prawdzie, nie pamiętał nawet, kiedy ostatnio był z inną kobietą niż Loretta: jeżeli nawet taka się nawinęła, na pewno nazwał ją imieniem Lestrangeówny – ta gorycz była równie nieoczekiwana dla niego, co i dla niej, zwłaszcza, że nie spuszczał oczu z jej twarzy, a w jego spojrzeniu była głęboka tęsknota, którą rzadko pozwalał sobie okazywać.
Nie potrafił inaczej nazwać tych uczuć. To zawsze byłaś tylko ty, odbijało się echem w jego głowie, aż zacisnął na chwilę oczy, bo czuł, że jeszcze chwila, a zaleje go zgubna lawina irracjonalnych emocji. Wiedział już, skąd ta gorycz: nawet kiedy zamykał oczy, jej twarz czaiła się gdzieś tam, z tyłu jego umysłu, dostrzegalna tylko na peryferiach jego pola widzenia, ukryta nawet przed jego trzecim okiem, a jednak – wciąż obecna.
Wiedział, że zaraz zaczną się halucynacje. Że jej krew zmieszana z winem rzuci ich oboje na kolana. A jednak, kiedy widział cień uśmiechu Loretty w delikatnej mgiełce wypełniającej wnętrze szklanej kuli, słyszał jej sprężyste kroki i stukot obcasów, kiedy siedział samotnie w swoim mieszkaniu, kątem oka dostrzegał odbicie jej twarzy w tafli lustra, goląc się o poranku… Wtedy był przecież niemalże trzeźwy.
W pewnym momencie mógł myśleć, że jego związek z Lorettą jest niczym więcej aniżeli igraszką, wysmakowaną rozrywką dwójki równie zepsutych arystokratów, perwersyjną grą. A teraz? To zawsze byłaś tylko ty, powiedział, ale nie oddawało to przeklętej obsesji, która kazała mu doszukiwać się jej we wszystkim dookoła. Nieważne, gdzie się udał. Nieważne, jak daleko uciekał, zdeterminowany, by na powrót odnaleźć swoją samotność. Loretta zawsze była w jego myślach.
– To zawsze będziesz tylko ty. – powtórzył; tym razem mocno, zdecydowanie, jego wzrok na powrót stalowy, chociaż tym razem nie przypominał zimnej klingi, która ucinała niewygodne dyskusje; teraz Axel podawał jej miecz swojego spojrzenia jak rycerz, który oczekiwał na pasowanie.
– Kocham cię. Jestem cały twój, Loretto. – Przez chwilę niemal chciał się roześmiać, choć przecież był absolutnie poważny. – Z całym dobrodziejstwem inwentarza, niestety. – Ich ręce pozostawały splecione. – Nie chcę za to przepraszać, ani żebyś ty teraz przepraszała. Kocham cię – Wcisnął w jej rękę swój sygnet, i pokierował jej dłońmi, żeby włożyła mu go na jeden z palców.
– Nie zmieniłbym niczego, rozumiesz? Chcę… tego wszystkiego, co było. Tego, co będzie, i tego, co mamy teraz. – Wyrzucał z siebie słowa z jakąś cholerną pasją; w jego ustach wszystkie wydawały się brzmieć dziwnie szorstko, ale Loretta zdawała się dobrze znać ten przepełniony bólem i potrzebą ton. Czy to była desperacja? Może. Może to właśnie, kurwa, miłość. Kiedy musnął delikatnie jej policzek przepełnionym czułości gestem, zostawił na nim ślady krwi. Uśmiechnął się lekko na ten widok, i włożył pierścionek na jej serdeczny palec.
– Chcę ciebie – wyznał. – Zawsze będę cię kochał.
Czy smakowała inaczej, kiedy ją pocałował? Czy czuł się inaczej – czy czuł się wyzwolony spod jej czaru, kiedy mógł wreszcie powiedzieć, że stała się prawdziwie jego?
Nie. Loretta dalej pozostawała Lorettą. Ale teraz była także jego żoną.
Był pijany.
Girlandy kwiatów, wyczarowane nad wejściem do wozu, przemieniły się w kolorowe konfetti, kiedy Axel przestąpił przez próg cygańskiej przyczepy z Lorettą w ramionach; nagle zalała go feeria barw, zbyt intensywnych, zbyt żywych; pomógł stanąć żonie na nogi niemal na ślepo, i niemal mechanicznie przyjął gratulacje od kilku mieszkańców taboru, którzy obserwowali ceremonię z zewnątrz. Nie był do końca świadomy tego, co się dzieje – zbyt silnie otumaniony po wypiciu krwi zmieszanej z winem – wiedział tylko, że nie wypuścił ani na chwilę dłoni Loretty ze swojej dłoni. Nie pomagało, że dookoła nich wnosiła się i opadała zaintonowana przez szamana pieśń, piękna, swoją drogą, aż go ściskało w piersi, chociaż nie potrafił rozróżnić słów; wszystko wirowało.
Zimno, dotarło do niego dopiero po chwili. Swój płaszcz oddał przecież Lorettcie, a już opuścili wóz Shango, rozgrzany trzaskającym płomieniem paleniska i dusznym od oparów wonnych kadzideł. Ale to nie był koniec – w końcu wcześniej obiecał jej oglądanie gwiazd, prawda? Próbował skupić rozbiegane myśli, aby poszukać w głowie dawno nieużywanych podstaw wiedzy o astronomii, i wymyślić, dokąd mogliby się udać, by zobaczyć perseidy… Ach, jebać to; zatrzymał się nagle, i zaczął mamrotać z różdżką skierowaną w niebo.
Światła przypominające do złudzenia spadające gwiazdy zaczęły przecinać niebo.
Nauczył się tej sztuczki, kiedy pewnej bezsennej nocy razem z Eden Malfoy włóczyli się znudzeni po błoniach, i spontanicznie zdecydowali się sprankować uczniów piszących test z astronomii, wyczarowując na rozgwieżdżonym niebie nieistniejące gwiazdy (które Axel zaczarował dodatkowo, by ułożyły się w napis "twoja stara", co podobno któryś z egzaminowanych studentów opisał mylnie jako "konstelację Matki")..
Zwrócił spojrzenie na Lorettę.
– Teraz życie jest mi bardzo miłe – stwierdził przewrotnie, jakby od niechcenia, obejmując kobietę ramieniem.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat