Strzałka przez moment mierzyła Laurenta uważnym spojrzeniem, kiedy prosił o spotkanie z Victorią i widać było wahanie w skrzatce, bo nie przypominała sobie żadnej umówionej wizyty, nie została o niczym poinformowana, żeby wpuścić gościa no i przede wszystkim – nie znała tej baby, co to stała w drzwiach i prosiła o zawołanie panienki Victorii. Pozdrowienia od Laurenta jednak podziałały i z tą niepewnością i zawahaniem w końcu wpuściła wysoką, zgrabną kobietę, zaprowadziła ją do salonu i kazała poczekać i że „S-strzałka j-już woła p-panienkę”. Pobiegła, na tych swoich krótkich nóżkach, miętoląc w dłoniach fartuszek, który miała na sobie; pobiegła w stronę klatki schodowej, jednak wcale nie wbiegła na schody prowadzące na górę, gdzie znajdował się pokój Victorii, tylko na dół – do piwnicy.
I na chwilę Laurent został sam. W przestronnym salonie, sercu tego domu, gdzie absolutnie wszystko miało swoje miejsce i nic nie stało przypadkowo, czy krzywo. Było od linijki, wszystkie rośliny na szafkach, zwisające serca, sanseverie, fikusy i inne. W tym domu było spokojnie, panowała cisza – zresztą rezydencja była spor, wcale nie tak łatwo było się natknąć na domowników, chyba, że sami tego chcieli, lub było to dziełem przypadku.
Taki przypadek i jednocześnie zachcianka przytrafiły się teraz, bo niebieskie oczy już jakiś czas przyglądały się ślicznej panience z wewnętrznego balkoniku na piętrze, wystawiając nóżki przez szczebelki balustrady, kołysząc nogą na boki, na ile rzecz jasna pozwalał na to manewr nogą. Aż w końcu zgrabny, nieduży pantofelek spadł i gruchnął o stolik kawowy przy kanapie i fotelach, gdzieś gdzie siedział Laurent. Mógł usłyszeć zduszony okrzyk i wciągane powietrze, a potem zauważyć szybki ruch. A następnie dosłyszeć tupot na schodach.
– Przepraszam, przepraszam – niewysoka, chociaż chuda dziewczyneczka miała włosy sięgające do połowy pleców, brązowe – zdecydowanie jaśniejsze od niemalże hebanowych Victorii, z pojedynczymi rudymi refleksami. Olivia pokraśniała jak burak, kiedy z bucikiem na jednej nóżce i jedynie skarpetką na drugiej, znalazła się na dole i rozglądała się właśnie za swoją zgubą. Jeszcze chwila, a okrzyknięta zostanie domorosłym Kopciuszkiem.
Ale to chyba był tylko pretekst, bo zapatrzyła się na Laurenta, rzecz jasna nie poznając go ani trochę. Oczy jej błyszczały.
– Przyszła pani do Victorii? – głosik miała wysoki, dziewczęcy, jak to dwunastolatka.