Było widać, że dziewczynka po prostu nie może oderwać wzroku od Laurenta. Nawet zbytnio się z tym nie ukrywała, po prostu patrzyła na niego – na niepasujący do damy ubiór, na męski neseser, kompletnie nieprzystający kobiecie, męskie buty, na te piękne, długie, platynowe włosy… Ta osoba chyba nie pasowała do tego obrazka i widać było, że dziewczynka ma jakiś zgrzyt w głowie, którego jednak wychowanie nie pozwalało wypowiedzieć na głos.
Delikatny uśmiech ozdobił jej twarz – to ten z serii zagadkowych uśmieszków, tak podobnych do tych, którymi nie raz i nie dwa Prewetta obdarzyła Victoria. Siostry dzieliła przepaść wieku i choć uroda młodej Olivii ewidentnie szła po rodzinie Parkinsonów, najpewniej gdzieś po dziadkach, to na pewien sposób była do starszej siostry podobna. Ewidentnie spodobało jej się bycie nazwane królewną.
– E tam książę – parsknęła. – Sama lepiej sobie poradzę z butami – ośmieliła się zauważyć i wsunęła bucik na nóżkę, stuknęła kilka razy piętą o podłogę, by lepiej się uleżał i proszę bardzo – nie kłamała.
– Dzień dobry – przywitała się, lecz nim spojrzała w ogóle na Laurenta to jej ciemne oczy prześlizgnęły się po siostrze, która właśnie chowała ręce za plecami. – Livia – to Victoria w końcu pojawiła się w korytarzu, po cichu jak duch, wychodząc przez drzwi prowadzące na dół, a dziewczynka aż podskoczyła. – Lepiej dokończ tę książkę zanim matka cię przyłapie – tak jak została przyłapana na „rzucaniu” butem i na słowach, za jakie Isabella gotowa dać jej karę, bo mogą zostać źle odebrane przez obcych. Na szczęście Isabelli nigdzie nie było widać.
– No doobra – jęknęła, ale wcale od razu się nie ruszyła. Victoria przez moment patrzyła na siostrę, a było to bardzo miękkie spojrzenie, jednak w końcu przeniosła je na obcą i zmarszczyła brwi.
Nic nie rozumiała. To jakaś znajoma Laurenta? Skoro Laurent śle pozdrowienia? Bo oczywiście skrzatka wszystko jej przekazała. Ale jednocześnie coś jej tu nie grało. Kobieta była śliczna i… jakoś… zbyt… znajoma? I ta konsternacja była widoczna na twarzy Victorii, zresztą cisza z jej strony trwała o trzy sekundy za długo, bo dziewczęcy głosik zamierzał wykorzystać okazję – chociaż już zmierzała do schodów.
– Vikusiaaa? A weźmiesz mnie na lody? – nie dało się ukryć, że dziewczynka ma w sobie coś zuchwałego i być może wcale by o to nie poprosiła, gdyby nie to, że ktoś właśnie się przysłuchiwał. To wystarczyło, by Victoria zamrugała.
– Jutro, dobrze? Przepraszam. Herbaty? – pierwsza część wypowiedzi była rzecz jasna skierowana do siostry, która po cichutkim „jest!” zaczęła przeskakiwać po kilka schodów na raz, ale uwaga Victorii na nowo skierowana została na Laurenta… Laurenta? Kolor włosów ten sam, chude to, tylko płeć się ni cholery nie zgadza.
Tylko te oczy. Te piękne, nieludzko niebieskie oczy. Trudno je było pomylić z czym innym, no i ten ubiór tak kompletnie oderwany od wszystkiego.
– Co się stało? – zapytała, ale wcale nie dlatego, że rozgryzła zagadkę i wiedziała, że stoi przed nią Laurent, natomiast wizyta tej łudząco podobnej do niego pani nie mogła być przecież przypadkowa.