But for the thrill until I'm spent
Diament. Jakże szlachetnie, jakże pięknie, jakże wartościowo. Nic, o co Esmé mógłby się posądzić. Nie mógł być diamentem. Diamenty przecież nie miały właściwości magnetycznych, głuptasku. Rowle przesuwał palcem po kartkach grubego atlasu porównań, ścierając kurz z wielu metafor, których mógłby użyć, aby siebie opisać. Instrument? Już prawie, ale dlaczego miałby grać cudzą melodię? Kwiat? Może. Z westchnięciem powiedział sobie "na ten moment wystarczy". Kwiat. Ten, który kwitł w odpowiednim środowisku i usychał w nieodpowiednim. Ten który rozkładał swe płatki szeroko, pięknie, gdy odpowiednio o niego zadbałeś. Gdy dałeś mu możliwości. W innym wypadku odrzucał brudnym brązem wysuszonych liści lub straszył wystającymi kolcami - większymi niżeli sam kwiat.
Nie był lustrem, a jednak odbijał w sobie to, co w niego wpadało. Tak działały jego emocje. Wchodziły czyjeś, a wychodziły te Esmé. Niemalże identyczne, lecz o charakterystycznym wydźwięku, pozostawiającym wiele w granicach wyobraźni. Tak, jakby za każdym razem stawiał na końcu pytajnik. Inni nie mogli ujrzeć w nim tego, co widywał Laurent. W końcu nie było drugiego takiego. Nie było drugiej osoby, która w tę otchłań krzyczałaby te same słowa, by usłyszeć te same odpowiedzi. Nie było zatem dwóch ludzi, którzy doświadczaliby Esmé jednakowo. Rowle był tak zachwycający, jak sobie na to pozwoliłeś. I był tak odrażający, jak mogłeś się tego spodziewać.
I po co mu te pióra? Czy musiał dotykać ognia, by wiedzieć, że jest gorący? Czy musiał skosztować, by się rozkoszować? Laurent nie musiał mu niczego udowadniać. Rzemieślnik wierzył i rzemieślnik tego nie potrzebował. Nie trzeba było wtykać mu piór w dłonie, by przytaknął i odparł "tak, Laurent, jesteś wspaniały". I "tak, Laurent, wspaniałym czynisz moje życie". W końcu pióra czasem były rozdawane w autodestrukcyjnym nawyku, a czasem wyrywane. Cztery lata temu wydawały się być jedynie wyszarpywane. A teraz? Oh, Esmé nie był jasnowidzem i nie czytał nikomu w myślach. Teraz miał się przekonać jak się miały skrzydła Prewetta. Jak wiele lotek rozdał, jak wiele stracił, jak wiele sił musiał wkładać, by unieść się nad ziemię. I czemu dalej jest tutaj, w tym błocie.
Znacznie bardziej wolał schylać się po te pióra, które leżały porzucone. Ktoś się nacieszył, ktoś sobie udowodnił, ktoś zyskał. I teraz ich nie potrzebował. Esmé lubił się po nie schylać i próbować je wetknąć na swoje miejsce. Tak, wetknąć. Czasami na siłę, czasami wywołując ból, a czasami uczucie ulgi. Nie grało to roli, dopóki pióra mogły błyszczeć i zachwycać rzemieślnika. Dopóki mógł patrzeć jak Laurent je rozkłada, stroszy, wznosi się na nich i pikuje w dół, by zaraz się poderwać. Jak Laurent lata. Wolny.
Chwila słodyczy była też chwilą goryczy. Była też chwilą drobnej złości, na którą Rowle sobie nie pozwalał. Nie teraz. W głowie, niczym mantra, zapętlone było pytanie "kto?". Kto ci to zrobił, Laurent? Kto sprawił, że tak niewiele szczerej czułości, nawet jeżeli obleczonej w charyzmę i kokieterię, powodowało tyle emocji? "Kto upodobnił Cię... do mnie?", huh? Niewypowiedziane pytanie. Widział w jego niebieskich oczach tę samą tęsknotę, co w swoich własnych. Za każdym razem, gdy okazano mu trochę ciepła. Czyżby ich role się zmieniły? Czyżby to Rowle teraz ujmował w dłonie poszarpane płótno? Nawet jeżeli, to był mu to dłużny. Nawet jeżeli, to robił to z przyjemnością.
- Chyba nie próbujesz nazwać mnie naiwnym. - mruknął ze swoistym wyrzutem w głosie. - Ah, nie, to ty jesteś naiwny. - odezwał się, wpadając na tę myśl zupełnie niespodziewanie. I tak zabrzmiał, jakby sam jej nie oczekiwał. - Naprawdę uwierzyłeś sobie, że to kłamstwo? - uśmiechnął się przyjaźnie na koniec. Cokolwiek Laurent widział w lustrze, to próbowało go okłamać. Własne odbicie go oszukiwało. Tak jakby jego piękno było tak delikatne. Tak jakby kilka siwych włosów i kilka blizn mogło je zepsuć. Piękno z nimi i pomimo ich. - Niemniej twoje uczucie wydaje się szczere. Cieszy mnie to. Prawda to niezwykle trudna kochanka. - zaśmiał się melodyjnie na koniec, rozkładając ręce na boki. Jakby coś o tym wiedział. Jakby wiedział o tym za dużo.Rozłożone ręce nie opadały. Wręcz przeciwnie. Esmé uniósł je nieco wyżej i skierował w stronę Prewetta. Milczał, przyglądając mu się uważnie. Może naiwnie uważał, że wobec niego mężczyzna nie kłamie. Najwyżej nie mówi całej prawdy, ale nie kłamie, bo dlaczego miałby? Po co? Wiedział, że mógł być wolny, wiedział że mógł mówić co myśli. Wiedział też, że Rowle niezwykle to ceni. Ceni bardziej, niż najsłodsze w świecie kłamstwo.
- Na co czekasz? - zapytał wręcz rozbawiony trochę. - No chodź. - i kiwnął do niego obiema dłoniami, rozłożonymi szeroko jak ramiona. Gotowe na objęcie. - Nie musisz niczego oddawać. Wystarczy powiedzieć. - może nie było to dokładnie tym, o czym myślał Laurent. Nie takie znalezienie się w ramionach. Ale tylko takie mógł zaoferować Esmé. Chociaż sam nie pamiętał kiedy ktoś go objął. Tak z własnej woli, a nie przez to, że został w to wmanipulowany. Że zrobił to tak, jak Rowle sobie to zaplanował. Wykrzesywał z siebie ciepło, jakiego sam nie zaznawał. - Nie wiem czy przeceniasz mnie, czy traktujesz jak coś, na co pozwolić sobie nie możesz. - bo był przecież tylko rzemieślnikiem. Był przyjacielem. Nawet jeżeli nie widzieli się kilka lat. A jednak Prewett wypowiadał się tak, jakby nie stać go było na to, by uzyskać od Esmé trochę ciepła, trochę wsparcia, trochę nadziei. Mógł tutaj przyjść kilka lat temu lub za kilka lat i po prostu powiedzieć co go boli, czego oczekuje. Nie, kilka lat temu nie mógł tu przyjść. Wtedy mężczyzna nie mógł zapewnić, że to, co otrzyma Laurent, będzie tym, czego oczekiwał. Nadal nie mógł tego zapewnić, więc jedyne co jego perełka mogła stracić, to czas.Z pustego i Salomon nie naleje, prawda?
Jeżeli Prewett pozwolił sobie wpaść w ramiona Rowle, to został w niego wtulony tak, jakby Esmé chciał go zatopić w sobie. Na moment schować we własnej, zimnej skorupie, by świat jedynie głucho pukał w nią od zewnątrz, upominając się, że hej - Ty również do mnie należysz. Pewny, mocny uścisk, jakby chciał ich serca dosłownie zbliżyć do siebie, przyciskając jedną ręką jego plecy, a drugą potylicę, by zastygnąć w tej pozie na... chwil kilka. Nie wypuściłby go tak łatwo, czując się tak, jakby pochwycił w swe ręce źródło wiecznego życia. Chciał z niego czerpać. Niczym wampir, niczym lód wysysał ciepło z wszystkiego, co dookoła. Ale nic tutaj nie ubywało. Mogło jedynie przybywać. Uczucie było jednak uczuciem - tak czy siak czuł się z tym niewłaściwie. Jakby to on tego potrzebował, a nie na odwrót. Bo może właśnie tak było.
Jeżeli jednak nie. Jeżeli jednak Laurent nie pozwolił sobie, to Rowle nie naciskał. Opuścił ręce, uśmiechając się do niego ciepło. Tego nie mógł uniknąć lub odmówić. Na to był skazany. Nie wyciągał pochopnych wniosków - wszak powodów mogło być wiele. Wiele więcej, niżeli Esmé mógł założyć z góry. To reakcja powiedziałaby mu najwięcej. Ten sygnał, że proszę - oto to, o co prosiłeś. Nieidealne, nieperfekcyjne. Wybrakowane, zniekształcone, ale jednak wciąż to - te ramiona, w które chciał wpaść. Bo nie wszystko było tym, czym się wydawało. Truizm. Wiedza tak powszechna, że ludzie o niej zapominali. Coś tak oczywistego, jak oddychanie - o tym się nie myślało. Ale kiedy pomyślałeś... wtedy nie było już tak prosto.
- Nie. - odparł bez cienia zawahania, nie pozwalając nawet wybrzmieć pytaniu Laurenta. Jakby Prewett właśnie zasugerował coś, z czym nie było w ogóle dyskusji u Esmé. - Beksa jest perfekcyjny. - pierwszy raz dało się usłyszeć w głosie Rowle swoisty jad. Zupełnie jakby był oburzony myślą, że jego Smoczoognik mógłby potrzebować specjalisty. Bardzo wyraźnie i twardo zaznaczył słowo "perfekcyjny", obrzucając w tym momencie Laurenta spojrzeniem ostrym, wręcz atakującym. Jakby coś chciał mu wytknąć. Nie, jakby chciał wetknąć mu szpilę. Ale nie o to chodziło. Nie mogło przecież o to chodzić. To byłoby zbyt banalne, zbyt oczywiste jak na tego przeklętego rzemieślnika.Klimat spotkania zmienił się błyskawicznie. Jeszcze chwilę temu było tutaj tyle ciepła i czułości, a teraz? A teraz już znów było normalnie. Ciemne oczy Czarodzieja złagodniały, powracając do wyrażania... właściwie niczego konkretnego. To jego słowa i myśli wyrażały najwięcej, sprawiały że drobne gesty, miny, spojrzenia nabierały tak charakterystycznego wydźwięku, jakby naprawdę Esmé był tak niezwykle ekspresywny. Bo, poniekąd, był. Ekspresywny, ale mało ekspresyjny.
Rozplótł ręce z piersi i położył łokieć na oparciu fotela, o który sam opierał się - bokiem. Na zaciśniętej pięści ułożył swój policzek, będąc teraz dziwnie wykrzywionym w bok, ale... widocznie taka pozycja według niego była wygodna. Fotel miał wysokie podparcie, zatem nie musiał się niezwykle gimnastykować.
- To na swój sposób smutne. - odparł, przenosząc wzrok na Jarczuka. Chociaż ich relacja zdecydowanie była nietypowa, może nawet wyjątkowa, może nawet taka, jakiej Laurent potrzebował najbardziej, to wciąż był... nikim szczególnym w jego życiu. Nikim, komu należałoby się chwalić czymkolwiek jako pierwszemu. Niezbyt uprzejmie zignorował ten, poniekąd, komplement. A przynajmniej tak się wydawało. W gruncie rzeczy był zadowolony, bo Prewett wykazywał zrozumienie tej wolności, jaką Esmé oferuje. Że może tutaj przyjść i bez obaw pochwalić się istnym potworem wyspecjalizowanym do radzenia sobie z magią. Tak, jakby do stada owiec wprowadzał wilka. Pokazywał jedną z niewielu metod, które doskonale radziły sobie nawet z najpotężniejszymi czarodziejami. - Jak wiele pozycji zawiera ta lista? - nie patrzył na Laurenta, wciąż przyglądał się magicznemu stworzeniu, ale mimo to uśmiechnął się delikatnie, jakby spodziewał się odpowiedzi. Jarczuk zdecydowanie był fascynującym stworzeniem, jednak Rowle nie potrafił "nacieszyć" się nim. Nawet jeżeli wiedział, że jest doskonale wytresowany, że Prewett nigdy w życiu nie pozwoliłby mu go skrzywdzić, to i tak czuł wobec tej istoty niepokój. Był po prostu wyspecjalizowaną bronią, stworzoną do tego, by go zabić. Nawet jeżeli teraz jedynie obserwował, czujnie pilnując aniołka. A Esmé dałby sobie rękę uciąć, że psowata bestia chroniła nie bram nieba, lecz piekła. Przynajmniej w którejś z mitologii.Niczym rzucone na niego zaklęcie - słowa o potencjalnym zamówieniu tchnęły w jego oczy błysk innego rodzaju. Wyprostował się też, kończąc tę dziwną, cyrkową pozę. Iskrzące węgielki przeskoczyły z Jarczuka na Laurenta, by zaraz znów na magiczne, według niektórych plugawe, stworzenie. W jego głowie już rozchodziła się mapa myśli, niczym woda wypuszczona w labirynt - wypełniając wszystkie luki, trafiając na pętle i ślepe zaułki, ale jednak wciąż brnąc dalej - ku rozwiązaniu.
- Prawdziwe wyzwanie. - wymruczał wręcz upojonym tonem głosu, mrużąc przy tym oczy. Przymknął je na chwilę, zadzierając brodę do góry i pochylając głowę na bok. Westchnął, lecz brakowało w tym ciężaru. Było to coś lekkiego, rozmarzonego. Nieśpiesznie otworzył swe oczęta, którymi tak bardzo lubił mamić kobiety. - A jaka jest górna potrzeba? - zapytał, ale w głosie słychać było, że wcale nie oczekuje odpowiedzi. Wiedział, że chodziło o coś zupełnie innego. O to samo, o co chodziło cztery lata temu. Ale teraz Laurent nie szukał, bo doskonale wiedział gdzie to znaleźć. Tutaj, od stronu Nokturnu. Ale nie dało się powiedzieć, że na Nokturnie. Wszak Esmé nigdzie nie należał. Do nikąd przynależał.Zasiadł na fotelu, rozsiadając się na nim wygodnie, jakby zamierzał spędzić tutaj całą noc. Wyciągnął z kieszeni papierośnicę - tę samą co kiedyś. W niemalże identycznym stanie. Wyciągnął z niej jednego papierosa, rzucając skórzany pojemnik na stolik naprzeciwko. Ponownie, po raz kolejny, tak jak kiedyś - zaczął bawić się papierosem, obracając nim w palcach, unosząc teraz wzrok na Laurenta.
- O zamówieniu porozmawiamy później. - odezwał się, by nawet Prewett nie zaprzątał sobie głowy tą sprawą. I tak powiedział wystarczająco dużo - potrzebował czegoś do transportu magicznych stworzeń. Czegoś, co nie będzie magiczne, czegoś co po prostu wytrzyma. Trudna sprawa, która wymagała czegoś więcej, niż po prostu kaletnictwa. Wymagała niezwykłego pomysłu, bo "klatka" musiała być niezwykle trwała, lecz jednocześnie poręczna i nie ważąca tonę lub kilka. Musiała być odporna na niezwykłą siłę, na ogromne temperatury, na substancje żrące i szereg innych bardzo specyficznych warunków. Tak, zdecydowanie prawdziwe wyzwanie. - W końcu można dostać ode mnie znacznie więcej, niż coś ze skóry. - zwęził spojrzenie, zadowolony z tych słów. - I wcale nie trzeba płacić. - zaśmiał się lekko, melodyjnie. W końcu nie chciał sugerować, że podchodził tutaj do kogokolwiek jak do klienta. Podchodził do wszystkich jak do ludzi, z którymi miał teraz szczęście lub nieszczęście mieć kontakt. Mógł ograniczyć się jedynie do rzemiosła, gdy osoba naprzeciwko nie spełniała jego "oczekiwań", gdy zwyczajnie nie uważał ją za wartą jego sił czy uwagi. Zdarzało mu się przecież odmawiać wykonania pewnych zamówień tylko dlatego, że kogoś nie lubił. Ot tak, z miejsca. Nie podobało mu się jakim tonem do niego mówiono, jakim spojrzeniem go obrzucano. Dlatego do niczego nie zmuszały go pieniądze, ani niezbyt dumny szyld ogłaszający, że znajduje się tutaj pracownia kaletnicza. Wszystko za tym progiem, w małym królestwie Esmé działo się wedle jego woli. Do niczego nie był zmuszony, do niczego nie czuł się zobowiązany. Mógł oferować dużo. Więcej, niż można było się spodziewać, ale... na to należało na swój sposób zasłużyć. Należało być kimś, z kim Rowle zamierzał wchodzić w interakcje. Laurent, bezsprzecznie, był jednym z takich ludzi.Wyjątkowy.