To, że te ubrania były dopasowane do kobiecych kształtów to tak naprawdę jedna para kaloszy – bo na pierwszy rzut oka się to z pewnością nie rzucało w oczy. Dopiero któryś dawał taką myśl, czy to na pewno damska koszula? Ale samą Victorię nie te ubrania tak wybijały z myśli, że coś tu jest nie tak, to był ledwie cichy sygnał. To te inne szczegóły, zbyt duże podobieństwo i… te oczy. Głównie to chodziło o te oczy.
Olivia niczym sarenka podskakując na pierwszym piętrze, to na jednej nodze, to na drugiej, w końcu zniknęła w głębinie rezydencji. To już właściwie nie było aż takie dziecko – pewnie by się obraziła, gdyby tak ją nazwać. Przecież chodziła już do Hogwartu, była młodą damą, a nie jakimś tam dzieckiem! Z kolei Victoria nie zastanawiała się nigdy, czy umiałaby się zająć dzieckiem – to wydawało się naturalne, że któregoś razu będzie miała swoje i tak dalej. Ale tak po prawdzie, to kiedy skończyła Hogwart, Olivia była jeszcze malutka, a sama wróciła przecież do domu więc siłą rzeczy też zajmowała się siostrą. To nie tylko chłodna ręka Izabelli i Alexandra przyczyniły się do wychowania młodej Libii, było w tym też sporo uśmiechu Victorii. Efekt zresztą był widoczny – bo sama Viki w jej wieku nie była tak beztroska. Ale czy panna Lestrange w ogóle chciała mieć swoje dzieci? Chyba chciała. Chyba. Jej życie uczuciowe było jednak zbyt burzliwe, by w ogóle o tym myśleć. Jak i o tym czy mogłaby z dziecka zrezygnować. Czego była najbardziej pewna to tego, że nie miała w sobie żadnego wielkiego pragnienia, które krzyczało "chce mieć dziecko", jak to niektóre kobiety miały. Nie było w niej żadnej desperacji, ani żalu.
Zamrugała kilka razy, bo czemu obca (?) kobieta w ogóle pyta o jej policzek? Zmarszczyła brwi, podniosła dłoń, lekko musnęła ranę, ale zaraz rękę zabrała, by rzucić zdawkowe:
- Nic takiego… – bo przecież nie będzie się obcej kobiecie zwierzać, niezależnie od tego jak bliska była Laurentowi (a może zwłaszcza dlatego)... Ale kolejne słowa jakie usłyszała… aż przekrzywia głowę w kierunku jednego ramienia, patrząc szeroko otwartymi oczami (a powiększały się w miarę tego, jak do Victorii zaczynało docierać). Wspomnienie o kaktusie było kropką nad i. - Laurent. Znaczy… Laura? Co ci się stało? – aż się bez sensu odwróciła za siebie, by się upewnić że są tutaj sami. No i byli, na całe szczęście. - Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? – może to było głupie pytanie zważywszy na to, jak bardzo Laurent był rozpromieniony, ale może coś go zmuszało do uśmiechu? Chciała wiedzieć, musiała wiedzieć, potrzebowała wiedzieć jak bardzo i czy w ogóle powinna się martwić.