30.11.2023, 14:47 ✶
Skrzywiła się lekko, gdy dym padł prosto na jej twarz, ale nie skomentowała tego - sama w końcu zwróciła się w jego stronę.
- Sama nie jestem pewna - przyznała, a na jej ustach zatańczył uśmiech, ledwo widoczny i krótki. - Ja zawsze się o was martwię, Vincencie, a pewnych nawyków trudno się pozbyć.
Nigdy nie patrzyła na Prewetta jak na wujka: był dla niej bardziej bratem, choć trochę mniej bliższym niż ci rodzeni, choćby dlatego, że z nimi mieszkała. Młodszym w dodatku, jednym z tej gromady, która rozbijała sobie stale kolana i których trzeba było wyciągać z zagród abraxanów, do których zakradali się podczas rodzinnych przyjęć. Zerkała w ich przyszłość odruchowo, bo dla niej była to raczej część niej samej, samego jestestwa niż cokolwiek innego. On zaś już wkrótce miał pewnie domyśleć się, o czym mówiła i co znaczyło ostrzeżenie.
Oczywiście, że się o nich martwiła, choć wiedziała, że jej zmartwienie nie jest powodem, by zamykać ich w klatkach. Nawet teraz więc, choć strach tkwił gdzieś na dnie jej żołądka, lęk o Laurenta, po jego wszystkich niedawnych przygodach, o Atreusa, który myślał o tym statku, nawiedzających ją w snach, starała się zachować spokój przynajmniej na zewnątrz. Musiała się tego nauczyć, gdy była tą jedyną z rodziny, zostającą w domu - nie uczestniczącą w walkach, nie szukającą przygód, nie czującą zewu dalekiego świata.
- I niekiedy odrobina wiedzy o przyszłości może się przydać, prawda? - dodała.
Florence nie była skora do głośnego śmiechu, inaczej może i roześmiałaby się na jego kolejne słowa.
- Kolejna rzecz, której nie powinieneś przy nim mówić: on z pewnością bardzo pragnąłby być uznawany za króla, niepodzielnego władcę, a tyrani nie znoszą konkurencji do korony - stwierdziła, zadzierając głowę, by znów na niego spojrzeć, a jej chłodne zwykle oczy przez moment iskrzyły niemalże z rozbawieniem.
- Czemu miałabym zaglądać w płomienie? - spytała, spoglądając ku nim odruchowo. Nie dotarło po prostu jej uszu, że można dostrzec w ich wróżbę - i się jej nie spodziewała, chociaż tutaj, w starodawnym kręgu, nie było przecież w takich rzeczach nic niezwykłego. Skoro ognie Beltane otworzyły przejście do innego świata, czemu płomienie tutaj nie miałyby pokazać przyszłości?
!płomienie
- Sama nie jestem pewna - przyznała, a na jej ustach zatańczył uśmiech, ledwo widoczny i krótki. - Ja zawsze się o was martwię, Vincencie, a pewnych nawyków trudno się pozbyć.
Nigdy nie patrzyła na Prewetta jak na wujka: był dla niej bardziej bratem, choć trochę mniej bliższym niż ci rodzeni, choćby dlatego, że z nimi mieszkała. Młodszym w dodatku, jednym z tej gromady, która rozbijała sobie stale kolana i których trzeba było wyciągać z zagród abraxanów, do których zakradali się podczas rodzinnych przyjęć. Zerkała w ich przyszłość odruchowo, bo dla niej była to raczej część niej samej, samego jestestwa niż cokolwiek innego. On zaś już wkrótce miał pewnie domyśleć się, o czym mówiła i co znaczyło ostrzeżenie.
Oczywiście, że się o nich martwiła, choć wiedziała, że jej zmartwienie nie jest powodem, by zamykać ich w klatkach. Nawet teraz więc, choć strach tkwił gdzieś na dnie jej żołądka, lęk o Laurenta, po jego wszystkich niedawnych przygodach, o Atreusa, który myślał o tym statku, nawiedzających ją w snach, starała się zachować spokój przynajmniej na zewnątrz. Musiała się tego nauczyć, gdy była tą jedyną z rodziny, zostającą w domu - nie uczestniczącą w walkach, nie szukającą przygód, nie czującą zewu dalekiego świata.
- I niekiedy odrobina wiedzy o przyszłości może się przydać, prawda? - dodała.
Florence nie była skora do głośnego śmiechu, inaczej może i roześmiałaby się na jego kolejne słowa.
- Kolejna rzecz, której nie powinieneś przy nim mówić: on z pewnością bardzo pragnąłby być uznawany za króla, niepodzielnego władcę, a tyrani nie znoszą konkurencji do korony - stwierdziła, zadzierając głowę, by znów na niego spojrzeć, a jej chłodne zwykle oczy przez moment iskrzyły niemalże z rozbawieniem.
- Czemu miałabym zaglądać w płomienie? - spytała, spoglądając ku nim odruchowo. Nie dotarło po prostu jej uszu, że można dostrzec w ich wróżbę - i się jej nie spodziewała, chociaż tutaj, w starodawnym kręgu, nie było przecież w takich rzeczach nic niezwykłego. Skoro ognie Beltane otworzyły przejście do innego świata, czemu płomienie tutaj nie miałyby pokazać przyszłości?
!płomienie