Gęsta posoka wędrowała kroplami po dłoni, kapiąc z środkowego palca na ziemię; nie czuła jednak bólu, a każdą komórkę jej ciała zajmowało bezkresne przejęcie, rozedrganie i multum niepewności – odnośnie jego uczuć, odnośnie tego, czy jest dla niego najważniejsza i wreszcie: odnośnie tego, czy jej obecność mu nie zobojętnieje na przestrzeni życiorysu, który mknął gdzieś między gwiazdozbiorami, szepcząc brylantami gwiazd o nieuchronności ich losu. Bo byli sobie przeznaczeni na całej rozciągłości kanwy malowanej krwią i łzami; bo ileż ich uroniła, gdy sięgał po strzykawkę?; gdy widziała, jak zapadał się w odmęty nałogu, biorąc heroinę za kochankę bliższą, niż ona sama. A ona potrzebowała tej pozornej pewności, że jej ramiona otulają go bardziej miękko, niż podłe szpony narkotykowej rozpusty.
– Wiesz, że zawsze byłeś tylko ty – powtórzyła po nim jak mantrę; jak tę przeklętą szekspirowską kantyczkę, która budziła poza rubasznym śmiechem również niepokój wzierający w kości. Chłód, który obracał wszystko w skutą mrozem niwecz; ciepło rozgrzewające, płynące gdzieś ze strony serca, budzące myśli niepokorne i chyże, te, których strach było ujawnić kiedy indziej, niż pod pierzyną nocy.
Bo tęskniła za nim na rozciągłości stołu; przez drzwi łazienki, które ich dzieliły i nawet przez skórę, ciasno przywartą do jej. Dziwna gorycz brzmiąca na dnie głosek świadczyła nie o niepewności, lecz o głębi lęków, których nie pozwalała uwydatniać na przestrzeni światła dziennego. Nie chciała pokazywać słabości, lecz przy nim – wszystko było słabością. Nie potrafiła spojrzeć na niego bez tej dozy czułości, której nie zwykła okazywać w formie innej, aniżeli granej z aktorską precyzją – tęsknota zawarta w jej wzroku jednak, tym razem, była namacalna i rzeczywista. Płonąca i kostniejąca zarazem.
Uczucia kowalne w obróbce i piękne w swej buńczuczności kłębiły się na dnie umysłu, bo gdy przymykała oczy, widząc pod membraną powiek tylko kalejdoskop barw – zawsze był gdzieś tam obecny, gdzieś czający się pośród meandrów zrodzonych z potrzeby i tęsknoty. Kleisty uśmiech wstąpił na jej wargi zwolna, ledwie drgając kącikami ust, które wciąż lawirowały między głęboko osadzoną goryczą a silną tęsknotą, potrzebą by być blisko niego.
Była upojona winem, które wartko przedarło się z przełyku do krwi, krążąc prędko, znacząc policzki rumieńcami, a oczy czyniąc roziskrzonymi miliardem spadających gwiazd – komet śmierci, których ogon stanowił spalany wodór. Uśmiech zatańczył nieco pewniej, gdy ujrzała w nim to – halucynacje wywołane jej krwią prędko odbiły się na obliczu Alexandra, a tętent jego serca, tak bliskiego do niej, był wyczuwalny nieomal. Ona jednak, niewybrednie pijana, kołysana w rytm cichej, cygańskiej muzyki rozlegającej się w namiocie – przylgnęła do niego jedynie, wyłapując prędki oddech opuszczający jego pierś.
Był jej myślami, żarliwym pożądaniem i tym wszystkim niepoukładanym, co wibrowało na dnie umysłu, zupełnie jak te nieprzespane noce, pokalane jego sylwetką migoczącą pod membraną drżących powiek. I choć mogli uchodzić za perfidną igraszkę losu, dwójkę łaknących rozrywki bogaczy – nie oddawało to jednak należycie głębi, która ich połączyła; która zawierała się w tych prostych słowach: wiesz, że zawsze byłeś tylko ty.
– Nawet nie wiesz – rzekła, zacinając się na moment. – Nawet nie wiesz, jak bardzo istotny dla mnie byłeś, jesteś i będziesz. Kochaj mnie, Alexandrze, bo nie zniosę ani minuty dłużej, nie będąc z tobą – dokończyła, układając swoją dłoń na jego, pozwalając posoce musnąć jej policzek.
Nagłą wichurą świadomości, w myślach utkało się poczucie bycia mężatką; bycia jego. Nie lękała się jednak teraz, tak jak w przeszłości; teraz myślała jedynie o tym, że ma go na własność – że kocha ją w całej rozciągłości głosek i sprawiało jej to przyjemną satysfakcję, wymieszaną gorliwie z poczuciem, że jego również kocha. Słowo drażniące i proste, a jednak urastające do rangi tak gargantuicznej swoim przyrzeczeniem. Nie bała się go już, mogła je obwieścić w prostocie bez tej kuli nawarstwiającej się w przełyku, wyciskającej z niej jedynie blade westchnięcie.
Miłość do Alexandra była dziwnie prosta, jak na to, jak skomplikowanym człowiekiem był.
Smakował winem i obietnicą. Czymś nienamacalnym i złożonym; a jednak przywarłszy do niego wargami, poczuła tę słodką nutę, którą zawsze nosiły na sobie jego usta – niezależnie, czy smakował słodyczą, czy gorzelnią. Zarzuciła mu ramiona na szyję, wtulając się w jego objęcia – należące teraz w pełni do niej.
Pieść zaintonowana między nimi wibrowała w uszach, gdy przekraczali próg przyczepy, będąc już niejako małżeństwem w pełnej krasie prawdziwości tego słowa – Loretta uważała, iż znacznie większe znaczenie od świstku w urzędzie ma stanięcie twarzą w twarz z bóstwami; taka przysięga była zgoła inna, ważniejsza i bardziej uniesiona od pragmatyczności. I choć Alex człowiekiem pragmatycznym był – wiedziała, iż podzielał jej opinię w całej rozciągłości. Kochała go na całej rozciągłości nieba i jeszcze dalej, gdzieś na samym końcu barwnej tęczy i ponad masywem chmur.
Wirujący wszechświat, bo tylko on był świadkiem ich duchowego połączenia, skłonił ją do zerknięcia na obrączkę, znaczącą linią palec – nie czuła już lęku, nie czuła w żaden sposób goryczy, wypełniało ją bezkresne oddanie i poruszenie, które nieomal wyciskało z ciemnych oczu łzy, szkląc się w nich perfidnie.
– Kocham cię – powtórzyła po raz kolejny tego wieczoru, wtulając się w ramię Alexandra, głowę odrzucając do tyłu, patrząc w roziskrzone niebo.
Prawdopodobnie tak miało być; prawdopodobnie ich wargi były od początku dopasowane do siebie, a dusze połączone niewiadomym traktatem uniesień. I gdyby nie ta jedna noc, podczas której migotliwe gwiazdy były świadkami ich pijanego szczęścia, prawdopodobnie dalej krążyliby wokół siebie jak sputniki, przecinając swoje orbity czasem i bez-czasu. A jednak – wpatrywanie się w te jedne milionowe wszechświata, które ich połączyły, sprawiało, że czuła się po raz pierwszy w życiu aż tak istotna.
Po raz pierwszy oglądali feerię barw rozlegającą się na nieboskłonie.
Po raz pierwszy bez wahania mogła powiedzieć, że go kocha w całej rozciągłości.