Głównie to te oczy od początku były największą wskazówką. Victoria tyle razy przeglądała się w tych oczach, że była pewna, że nigdy ich nie pomyli – i nie pomyliła, to opakowanie robiło największą zmyłkę i igrało z jej zmysłami. To właśnie te nienaturalne wręcz, niespotykane tęczówki – w pierwszej chwili umysł próbował to sobie wyjaśnić w najbardziej idiotyczny i "sensowny" sposób, nim w ogóle dopuściło się do świadomości możliwość najprostsza: że to żaden przypadek i żadna obca kobieta. Że to po prostu ciągle ten sam Laurent; wygląd inny, ale łudząco podobny i ktoś, kto znał go tak dobrze jak Victoria musiał się prędzej niż później zorientować co jest grane. Nawet jeśli przeczyło to wszelkiej logice. Nawet nie podejrzewała u samego przypadku, że to nawet nie było z woli Laurenta, dopiero kiedy już dopuściła do siebie tę możliwość, to…co tu się u diabła stało?
To dygniecie – było idealną kopią. Ale właśnie: kopią. Nie było perfekcyjne i wyćwiczone, a udawane i na pierwszy rzut oka wszystko się zgadzało. Lecz Laurent miał rację, że oko ciemnowłosej to wychwyci i miał rację, że matka ćwiczyła ją tak, że za najmniejszy błąd trzeba było wszystko powtarzać do skutku. Laurentowi brakowało wyczucia własnego ciała, przyzwyczajenia, że środek ciężkości znajduje się w troszeczkę innym położeniu. Teraz kiedy już widziała i przestała się przed tym mentalnie bronić, to tym bardziej rozumiała co się tutaj dzieje i aż odetchnęła – bo nie musiała być taka oficjalna i zdystansowana, chłodno-neutralna. Nie umknęła przed dotykiem – może i dłoń Laurenta była chłodna, ale jej nie robiło to różnicy, zwłaszcza teraz, bo pod jego palcami nadal była przeraźliwie zimna. Pozwoliła mu więc poczuć dotyk swojej zimnej skóry, a sama nie spuszczała z niego spojrzenia. Ciemne oczy wpatrywały się w górę, w prześliczną kobiecą twarz, w mimikę – wypatrując w niej znajomych ruchów mięśni, wygięcia ust, czy zmrużenia oczu.
Dostrzegła za to spojrzenie, którego w ostatnich miesiącach, które tak Laurenta przygniotły, nie widziała.
– To był talerz – odpowiedziała mu cicho, chociaż w domu wszyscy mieli świadomość, że kilka dni temu Isabella i Victoria stoczyły już nawet nie kłótnię, ale wręcz walkę. I Victoria naprawdę była wdzięczna ojcu, który przeczuwając burzę, zabrał młodszą Lestrange gdzieś do Londynu. Może do Maida Vale… I tak jak Laurent dotykał jej szyi i policzka, tak ona wyciągnęła ręce, by dotknąć jego długich teraz włosów. Przejechała po nich palcami, całkowicie się przed tym nie powstrzymując – nie miała pojęcia przed czym powstrzymał się on (ona?), a gdyby miała… to czy miałoby to jakieś znaczenie? Teraz to już… Teraz formalnie znowu była całkowicie wolną kobietą. – Mów tak jak ci wygodniej – stwierdziła po prostu, a kiedy już wydotykała mu włosy, to się znowu nie powstrzymała i dotykiem leciutkim jak piórko uniosła jego podbródek, dotknęła linii żuchwy, policzka i znowu zmarszczyła brwi. Nie miała pojęcia co tu się działo… Ale chyba Laurent miał. Mgliste, ale miał. I chyba nawet mu się to podobało.
Ale Victoria patrzyła na to teraz pod kątem… co jeśli to się odwróci przeciwko niemu? Co mu ten cholerny poltergeist zrobił? Ich dowcipy raczej nigdy nie trwały długo i to pewnie miał być jeden z tych debilnych kawałów. Głupi duch pewnie nie przewidział, że trafi na kogoś, kto się z żartu ucieszy. Klątwołamaczem nie była, ale jednak miała wiedzę z zakresu rozpraszania magii i jak tak przeanalizować wszystkie dane… Poltergeisty potrafiły mocno namieszać w świecie magii – tylko to nigdy nie było trwałe, nie.
– Jesteś pewien, że to było tylko kilka sekund? Sprawdzałeś zegarek? – to były szczegóły, ale warto było mieć to na uwadze. Czy stracił świadomość na kilka sekund? A może minut? Może minęło więcej czasu? No i ile takie coś może trwać, do kiedy, skoro posiadało się wiedzę, że to nie mogło być trwałe i było raczej krótsze niż dłuższe. – Chodź, porozmawiamy u mnie – stwierdziła w końcu, bo tu do salonu zawsze ktoś mógł wejść, a u niej w pokoju będą mieli zapewnioną pełną prywatność. Zaraz zresztą złapała go za dłoń i pociągnęła za sobą, w przelocie wołając do skrzatki, której tu nie było, ale na pewno to słyszała – żeby jednak zrobiła herbatę i przyniosła ją do jej pokoju, dwie filiżanki. – Mam chyba pojęcie co się stało – powiedziała po drodze.