Starał się być przy kobietach najlepszą wersją siebie (nie tylko przy nich). Starał się być mężczyzną, bo zazwyczaj takiego potrzebowały. Trzymać odpowiedni fason, podążać za wszystkimi przykładnymi ideałami, jakie zostały wklepane do tej jego głowy. Jakie sam zaobserwował, bo miał przecież własne autorytety i osoby, do których chciał się upodobnić. Jak chociażby Edward Prewett, który w jego oczach podobny był do boga. Sięgał jak wierna owieczka do dłoni pasterza, chcąc uszczknąć odrobinę tej wielkości, żeby poczuć ją na własnej skórze. Jak wierny ustawiony w kolejce po opłatek, który miał się przekonać, jak niedobry był to sakrament, kiedy lądował na języku i miałeś wrażenie, że jesz tylko papier. Rola mężczyzny w tym świecie była dość jasno określona, nawet jeśli konserwatyzm świata czarodziei coraz bardziej się otwierał na rzeczy nowe i niemal nigdy nie był zamknięty na to, żeby kobiety pełniły funkcje wyższe. Chyba. Może? Kiedyś, dawno temu... pewnie wtedy tak. Stereotypy poganiały nas biczem, a my staraliśmy się w tym wszystkim odnaleźć samych siebie. To, kim chcesz być, niekoniecznie miało jakieś znaczenie. Ważne było, koniec końców, to, jak inni cię widzą. Gdyby wiedział, jak w swojej wyobraźni maluje go Olivia, pewnie pomyślałby, że go przemalowuje. Idealizuje - tak, jak on idealizował ludzi wokół siebie. Przynajmniej tych, którzy okazali mu ciepło i dobroć, przy których czuł się dobrze i którym chciał poświęcać swój czas, swój umysł i swoje serce.
- Jestem teraz trochę zazdrosny. - Nieprawda, nie był, ale postanowił sobie z tego zażartować. Bardzo daleko mu było urodą do tych mężczyzn tutaj, stanowił ich przeciwległy brzeg. Zresztą Olivia również była odmienna od Chinek. Prawdę mówiąc to zdawali się być do siebie bardzo podobni. Ciemne oczy, ciemne włosy - po rysach twarzy można było odróżnić ludzi od siebie, ale oni to utrudniali nawet sposobem budowy swoich ciał czy tym, że mieli skośne oczy. Miałby bardzo duży problem w odróżnieniu od siebie podobnych kobietek, gdyby nie miał szansy im się dłużej przyjrzeć. A może i wtedy by poległ..? - Przyglądałaś się kiedyś londyńczykom? - Zapytał z delikatnym uśmiechem, kiedy powiedziała, że ci ludzie tutaj wydają się jej smutni. Jego pytanie nie padło od razu. Przez chwilę sie zastanowił nad tym, co usłyszał, spojrzał na tych ludzi z tą refleksją w głowie. To nie była rzecz nowa czy odkrywcza. Ludzie często wydawali się smutni, pogrążeni w myślach i doświadczeniach. Ale z tych wszystkich krajów, jakie zwiedził, Anglicy wydawali mu się najsmutniejszymi ludźmi. Żyjącymi pod niemal wieczną, deszczową chmurą - dlatego nie było to dziwne. Im więcej słońca, tym więcej uśmiechu - tak wydawało się to działać. Za to co na pewno zauważył to to, że Chińczycy bardzo chętnie potakiwali i potrafili być naprawdę głośni.
- Nigdy nie odwiedziłem dalekiego wschodu wcześniej. Chin czy Japonii. - Więc tak, dla niego to również było pierwsze takie doświadczenie. - Odwiedziny w świątyni są obowiązkowym planem wycieczki. - Zapewnił ją. Chciał zaliczyć pewne ikoniczne miejsca w tym mieście i jego okolicach. Było tego dużo, więc pozostawało wybrać te, które mogą naprawdę pozostawić ślad w pamięci doznań. Doświadczeń. Olivia zaś doświadczała głęboko, jej serce i duch przenikały się ze sobą i działały w jednym rytmie. Jak więc mogliby pominąć miejsce, gdzie o rozwój duchowy dbano szczególnie? Chińczycy mieli bardzo specyficzną religię i chociażby liźnięcie jej było ciekawe.
Wejście do kawiarni rzeczywiście wyciszyło Olivię, ale podejrzewał, że tylko zewnętrznie. Bardziej ciekaw niż samym rytuałem był tym, co kolibało się w głowie kobiety. Zerkał na nią z rozmiłowaniem, z ciepłem w sercu - rozkochała go w sobie, więc mógł tylko to ciepło jej zwracać, przecież to było naturalne jak oddychanie.
- Rytuał ma za zadanie wyciszyć emocje i ukoić ducha, napełnić siłami na dalsze zmagania. - Odezwał się przewodnik, wyjaśniając kolejno zresztą wszystkie elementy. Laurent nawet nie silił się na to, żeby to zapamiętać - ilość nazw była oszałamiająca, które nie miały żadnego odpowiednika w języku angielskim.