30.11.2023, 22:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.11.2023, 22:25 przez Brenna Longbottom.)
Eksmisja zdecydowanie nie groziła Brennie. Jej skrytka bankowa tonęła w złocie, złoto było także w domu i nawet – na wszelki wypadek, od roku 70 i dojścia do władzy Voldemorta – pewien depozyt spoczywał w Szwajcarskim banku. Dysponowała w tej chwili w dodatku poza pokojem w Warowni domem w środku Kniei, pełnym widm, który świeżo zakupiła. I całkiem niedługo miała kupować i lokal „mugolskimi” drogami, chroniąc tę wiedze przed światem czarodziejów…
– Hm? A. Cmentarz w Little Hangleton. Potem raport, a potem jeszcze przesłuchanie. Nie mogę opóźnić dziś grafiku, bo po pracy umówiłam się z przyjaciółką.
Tak, Brenna robiła dużo nadgodzin, ale nie mogła zamieszkać w pracy, bo jej rodzina i przyjaciele też potrzebowali odrobiny czasu… nie wspominając już o tym, że czasu potrzebował też Zakon.
Nie uściślała gdzie i z kim. Nie ujawniłaby takich informacji komuś, kto być może nosił na ręku Mroczny Znak. Odpowiedziała – bo ani nie chciała, by widać było jej ostrożność do Borginów jak na dłoni, ani nie miała powodów do zachowywania się po prostu paskudnie w normalnej rozmowie – ale pewna paranoja na tym tle tkwiła w niej zawsze.
Nie mogła z nim żartować aż tak swobodnie, jak robiła to w szkole i tuż po niej, i jak mogła robić z jego współpracownikami, własnymi przyjaciółmi i przypadkowymi przechodniami, właśnie z tego powodu. Borginowie byli rodziną tkwiącą w cieniach, a on miał być ich dziedzicem. I chociaż bardzo nie chciała, by sytuacja właśnie tak wyglądała, nie mogła udawać nawet sama przed sobą, że on na pewno nie ma z tym wszystkim, co działo się w Anglii, niczego wspólnego.
– Jestem pewna, że świetnie sobie poradzi, a jeżeli nawet nie, to ja jestem bardzo dobra w unikaniu – oświadczyła, posłała młodszemu Brygadziście pokrzepiający uśmiech, a potem… przystąpili do eksmisji pana Gregoryego.
*
Do pewnego stopnia współczuła temu człowiekowi.
Był przegrańcem i w życiu nie miało czekać go już nic dobrego. I Brennę to po prostu trochę bolało. Ale przecież sam dokonał wyborów i musiał ponieść ich konsekwencje – a teraz nie ograniczał się do rzucania talerzami i wazonami, lecz sięgał po mordercze zaklęcia. Miała więc czekać go nie tylko eksmisja, a także, niestety, aresztowanie.
Czar rozpraszający, niestety, nie wyszedł - i to dość paskudnie. Brenna, która też nie zdążyła rozproszyć płomieni, syknęła, kiedy strumień ognia przebił się przez tarczę Sadwicka, i wykonała po prostu unik, tak że płomień walnął we framugę, uszkadzając cenne mieszkanie, po drodze osmalając jej mundur. Pan Gregory może i nie chciał go im oddać. I widać był gotów choćby je podpalić.
Miała szczęście do ludzi, którzy usiłowali ją spopielić.
Kolejny talerz przeleciał nad jej głową, a następny uderzył w ramię, kiedy machnęła różdżką, wytrącając mu jego własną różdżkę z ręki. Rzuciła się po prostu w stronę Gregory'ego, chwytając go za rękę, zanim sięgnął po kolejny element zastawy - tym razem całkiem spory i pewnie ciężki dzbanek.
- Jest pan aresztowany za... - zaczęła, wydobywając kajdanki i wyrzucając z siebie tradycyjną formułkę. Zerknęła przy okazji ku Michaelowi, który w tej chwili nerwowym gestem potrząsał ręką. Oho... znała te objawy, bo spotkało ją dokładnie coś takiego ledwo miesiąc temu.
– Hm? A. Cmentarz w Little Hangleton. Potem raport, a potem jeszcze przesłuchanie. Nie mogę opóźnić dziś grafiku, bo po pracy umówiłam się z przyjaciółką.
Tak, Brenna robiła dużo nadgodzin, ale nie mogła zamieszkać w pracy, bo jej rodzina i przyjaciele też potrzebowali odrobiny czasu… nie wspominając już o tym, że czasu potrzebował też Zakon.
Nie uściślała gdzie i z kim. Nie ujawniłaby takich informacji komuś, kto być może nosił na ręku Mroczny Znak. Odpowiedziała – bo ani nie chciała, by widać było jej ostrożność do Borginów jak na dłoni, ani nie miała powodów do zachowywania się po prostu paskudnie w normalnej rozmowie – ale pewna paranoja na tym tle tkwiła w niej zawsze.
Nie mogła z nim żartować aż tak swobodnie, jak robiła to w szkole i tuż po niej, i jak mogła robić z jego współpracownikami, własnymi przyjaciółmi i przypadkowymi przechodniami, właśnie z tego powodu. Borginowie byli rodziną tkwiącą w cieniach, a on miał być ich dziedzicem. I chociaż bardzo nie chciała, by sytuacja właśnie tak wyglądała, nie mogła udawać nawet sama przed sobą, że on na pewno nie ma z tym wszystkim, co działo się w Anglii, niczego wspólnego.
– Jestem pewna, że świetnie sobie poradzi, a jeżeli nawet nie, to ja jestem bardzo dobra w unikaniu – oświadczyła, posłała młodszemu Brygadziście pokrzepiający uśmiech, a potem… przystąpili do eksmisji pana Gregoryego.
*
Do pewnego stopnia współczuła temu człowiekowi.
Był przegrańcem i w życiu nie miało czekać go już nic dobrego. I Brennę to po prostu trochę bolało. Ale przecież sam dokonał wyborów i musiał ponieść ich konsekwencje – a teraz nie ograniczał się do rzucania talerzami i wazonami, lecz sięgał po mordercze zaklęcia. Miała więc czekać go nie tylko eksmisja, a także, niestety, aresztowanie.
Czar rozpraszający, niestety, nie wyszedł - i to dość paskudnie. Brenna, która też nie zdążyła rozproszyć płomieni, syknęła, kiedy strumień ognia przebił się przez tarczę Sadwicka, i wykonała po prostu unik, tak że płomień walnął we framugę, uszkadzając cenne mieszkanie, po drodze osmalając jej mundur. Pan Gregory może i nie chciał go im oddać. I widać był gotów choćby je podpalić.
Miała szczęście do ludzi, którzy usiłowali ją spopielić.
Kolejny talerz przeleciał nad jej głową, a następny uderzył w ramię, kiedy machnęła różdżką, wytrącając mu jego własną różdżkę z ręki. Rzuciła się po prostu w stronę Gregory'ego, chwytając go za rękę, zanim sięgnął po kolejny element zastawy - tym razem całkiem spory i pewnie ciężki dzbanek.
- Jest pan aresztowany za... - zaczęła, wydobywając kajdanki i wyrzucając z siebie tradycyjną formułkę. Zerknęła przy okazji ku Michaelowi, który w tej chwili nerwowym gestem potrząsał ręką. Oho... znała te objawy, bo spotkało ją dokładnie coś takiego ledwo miesiąc temu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.