Nie mógł się nim stać, bo już nim był. To, że lubiła spędzać czas z Laurentem, to nie było tylko takie tam sobie gadanie. Nie potrafiła tego wyjaśnić, bo w czasach szkolnych niespecjalnie za nim przepadała – widziała w nim te manipulacje ukryte za uprzejmym uśmiechem, ale teraz… Zupełnie już nie. To nie był żaden wąż, jeśli ktoś zapytałby ją o zdanie, a ona akurat uznałaby, że odpowie. To był dumny feniks, który czasami żył zbyt intensywnie i spalał się na popiół, ale feniksy przecież się z nich rodziły. Ze swoich zgliszczy wstawały piękniejsze i silniejsze. Tak widziała właśnie Laurenta. Jeśli jednak szukaliśmy porównania do dnia i nocy to tak, Laurent był dniem, był więc słońcem. Czy w wydaniu kobiecym, czy swoim oryginalnym – zawsze byli swoimi wizualnymi przeciwieństwami.
W tym domu górowała przemoc, ale ta psychiczna, nie fizyczna. Przez całe życie Victorii nie było tutaj żadnych kar cielesnych i bicia, bo coś źle zrobiła. Była musztra i chodzenie od linijki do linijki, jak sobie tego zażyczyła matka – póki było, jak chciała, to można było sobie pozwolić na dużo, więc Victoria bardzo szybko nauczyła się jej słuchać i spełniać jej życzenia. W szkole trochę jej wpływ osłabł, to, że wyjeżdżało się na dziesięć miesięcy do innego miejsca pomagało nabrać dystansu do metod wychowawczych w domu, natomiast pewien dryg i wartości zostały wpojone i były dalej kultywowane. Isabella i Victoria czasami się kłóciły, czasami były w domu jakieś krzyki, ale zazwyczaj nie – bo ciemnooka była tą cichą i spokojną… do czasu. Cztery dni temu nastał ten moment, kiedy się postawiła. Trudno powiedzieć, co było powodem; wizja wielkiej kłótni i walki na magię w jej głowie? Jej własne rozedrgane uczucia? Złamane serce? Chęć, by choć jedna rzecz w jej życiu poszła po jej myśli? JEJ myśli, nie matki? Bunt, bo nie zrobiła nic złego? Przelała się szala goryczy, naczynie pękło, z obu stron. Teraz Victoria i Isabella ostentacyjnie unikały swojej obecności. Victoria była pewna, że Laurent w końcu połączy kropki, był bystry, był spostrzegawczy, a ona nie nosiła już pierścionka i może nie było to takie oczywiste i potrzeba było chwili, by zwrócić uwagę na ten szczegół, zwłaszcza w ferworze własnych emocji, to Viki i tak nie planowała tego kryć. Chciała mu napisać, dać znać, tak czy inaczej… ale nie wiedziała nawet co ma napisać. Laurent był przy niej kiedy rodzice z dnia na dzień wrobili ją w pierwsze zaręczyny, był przy niej w trakcie trwania tego „związku” z facetem, którego nawet nie znała i był przy niej, kiedy żegnała mężczyznę na cmentarzu. Był przy niej, kiedy rodzice oznajmili jej że będzie kolejny narzeczony, był kiedy się z nim poznawała, był kiedy się zaręczyła, w trakcie trwania i… był teraz, kiedy szybciej się skończyło niż się zaczęło. Po prostu co miała mu napisać, albo powiedzieć? „Wiesz, znowu to samo. Ze mną chyba coś jest nie tak”? Ale teraz jej myśli zaprzątało co innego – bo Laurent w wydaniu… Laury, tak skracając jego imię. Jej myśli zaprzątało co się stało, ale umiała ocenić co widzi. Tak, był ładny, śliczny – to się nie zmieniło. Trzeba było odrobinę tutaj popracować, ułożyć włosy, podkreślić to i owo i będzie piękny.
– Dla mnie to bez różnicy – uspokoiła go, bo naprawdę… Było dziwnie, owszem, ale pomiędzy ich dwójką dziwniej już naprawdę być nie mogło, nie kiedy przyjaźniąc się znali swoje ciała na wylot. A teraz łapała się na tym, że czy jest w wydaniu damskim czy męskim – no to też bez różnicy, był przecież sobą niezależnie od płci i…przecież nie zmieniało to tego, jak bardzo był dla niej ważny i drogi. – Wydaje mi się, że ten poltergeist zrobił na tobie kawał – wierzyła, że rozpoznał poltergeista, był w końcu spirytystą. – One czasami rzucają całkiem silne klątwy. Nie jestem co prawda specjalistą od nich, ale o ile wiem, to takie… z braku laku psikusy nie trwają jakoś przesadnie długo. Ile minęło czasu? – zapytała się już u siebie w pokoju, zamknąwszy za nimi drzwi.
Twarz jej się wygładziła, widząc, jak Laurent z zachwytem ogląda się w lustrze, obracając się, zerkając to tu, to tam. Victoria przystanęła obok i wyciągnęła ręce, żeby odgarnąć mu włosy z ramion na plecy i uśmiechnęła się do niego. Naprawdę – swoje przeciwieństwa urodowe. Dzień i noc.
– Pożyczę, pewnie – to było chyba oczywiste. – Coś ci wybierzemy… – mruknęła. W tym pokoju… można było odnieść wrażenie, że było jakby bardziej pusto? Nie tak, że poznikały wszystkie rzeczy, ale panowało takie odczucie, jakby coś nie do końca było tak. Jakby brakowało kilku ważnych, ale nie rzucających się w pierwszą myśl elementów. – Jesteś – uśmiechnęła się do niego, zaskoczona pytaniem. Może nawet powagą tego pytania. – Zawsze jesteś, teraz też – to nie był problem to powiedzieć. Czy Laurent spodziewał się innej odpowiedzi? Po prostu potrzebował zapewnienia? – Masz jakieś specjalne życzenia?