02.12.2023, 03:35 ✶
Miotały nim skrajne emocje.
Z jednej strony rozczulenie rozlewało się ciepłem wewnątrz jego ciała, gdy obserwował Garricka i Septimę porozumiewających się swoim własnym językiem sugestywnych spojrzeń i chichotów, którego być może nie rozumiał, lecz uśmiech wkradał się na usta, gdy im towarzyszył. W opozycji do tego stał głos, chropowaty i nieprzyjemny, który pojawiał się znikąd, burząc to, co do tej pory zbudował Laurence, kusząc powrotem do dawnego życia. To on sprawił, że szedł teraz obok nich z rękoma w kieszeni, zbyt onieśmielony, by się odezwać.
— W sumie lat to nie odejmuje — przyznał mu rację, wodząc wzrokiem za mężczyzną z wiankiem. Zapomniał o tym człowieku w tej samej chwili, w której zniknął z jego pola widzenia. Szkoda, odezwał się nieśmiały głos w jego głowie. Sam najchętniej wsunąłbyś kwiaty w loki Garricka, obsypał nimi go całego i patrzył jak ich delikatne płatki w sposób, w jaki ty nigdy się nie odważyłeś. Odgonił od siebie te myśli niczym natrętną muchę, a one tak jak mucha wracały po chwili, stając się jeszcze bardziej irytujące. Weź się w garść, powtarzał sobie w duchu. Tęsknota za bliskością, to rozpaczliwe, rozdzierające pragnienie poczucia wspólnoty z innym człowiekiem, w żaden sposób go nie usprawiedliwiało Selwyna. Nie miał prawa; nie po tym, jak przez lata z pełną świadomością go od siebie odsuwał.
Najwidoczniej, nie tylko jego.
— Baw się dobrze — posłał jej serdeczny uśmiech, choć gdzieś w jego ciemnych tęczówkach czaił się lęk, że to on jest powodem, dla którego Septima postanowiła się od nich oddalić. Zdawał sobie sprawę z tego, że to nierozsądne, że przecież to młoda kobieta, osobny but, który miał swoje życie i swoich znajomych, a jej decyzja nie miała nic wspólnego z tym, że nieświadomie uczynił coś niestosownego.
Zostali sami i Laurence nie wiedział, co powinien powiedzieć. Milczał więc przez chwilę, spacerując obok Garricka, wsłuchując się w tembr jego głosu, tak rozkosznie kojącego.
— Będąc szczerym — podjął temat, kładąc szczególny nacisk na słowo "szczerym", po czym rzucił pośpieszne spojrzenie na twarz Garricka, jakby chciał upewnić się, czy nie spotka się z dezaprobatą z jego strony — to niezbyt przepadam za tymi kamieniami. Kojarzą mi się z moim pierwszym filmem. Nie tym pierwszym-pierwszym, ale tym, w którym byłem statystą jako dzieciak. Uhhh... Na samo wspomnienie mam wrażenie, że piecze mnie skóra — poruszył niespokojnie ramionami, chcąc strząsnąć z nich coś niewidzialnego, lecz z całą pewnością obmierzłego — Ale... z tobą jest tu jakoś inaczej... przyjemniej i bardziej sielsko. Jakie zaklęcie na mnie rzuciłeś?
Posłał mu zawadiacki uśmiech i dał lekkiego kuksańca w bok. Jakby znów byli młodzi. Jakby ostatnie sześć lat nigdy nie miało miejsca.
Z jednej strony rozczulenie rozlewało się ciepłem wewnątrz jego ciała, gdy obserwował Garricka i Septimę porozumiewających się swoim własnym językiem sugestywnych spojrzeń i chichotów, którego być może nie rozumiał, lecz uśmiech wkradał się na usta, gdy im towarzyszył. W opozycji do tego stał głos, chropowaty i nieprzyjemny, który pojawiał się znikąd, burząc to, co do tej pory zbudował Laurence, kusząc powrotem do dawnego życia. To on sprawił, że szedł teraz obok nich z rękoma w kieszeni, zbyt onieśmielony, by się odezwać.
— W sumie lat to nie odejmuje — przyznał mu rację, wodząc wzrokiem za mężczyzną z wiankiem. Zapomniał o tym człowieku w tej samej chwili, w której zniknął z jego pola widzenia. Szkoda, odezwał się nieśmiały głos w jego głowie. Sam najchętniej wsunąłbyś kwiaty w loki Garricka, obsypał nimi go całego i patrzył jak ich delikatne płatki w sposób, w jaki ty nigdy się nie odważyłeś. Odgonił od siebie te myśli niczym natrętną muchę, a one tak jak mucha wracały po chwili, stając się jeszcze bardziej irytujące. Weź się w garść, powtarzał sobie w duchu. Tęsknota za bliskością, to rozpaczliwe, rozdzierające pragnienie poczucia wspólnoty z innym człowiekiem, w żaden sposób go nie usprawiedliwiało Selwyna. Nie miał prawa; nie po tym, jak przez lata z pełną świadomością go od siebie odsuwał.
Najwidoczniej, nie tylko jego.
— Baw się dobrze — posłał jej serdeczny uśmiech, choć gdzieś w jego ciemnych tęczówkach czaił się lęk, że to on jest powodem, dla którego Septima postanowiła się od nich oddalić. Zdawał sobie sprawę z tego, że to nierozsądne, że przecież to młoda kobieta, osobny but, który miał swoje życie i swoich znajomych, a jej decyzja nie miała nic wspólnego z tym, że nieświadomie uczynił coś niestosownego.
Zostali sami i Laurence nie wiedział, co powinien powiedzieć. Milczał więc przez chwilę, spacerując obok Garricka, wsłuchując się w tembr jego głosu, tak rozkosznie kojącego.
— Będąc szczerym — podjął temat, kładąc szczególny nacisk na słowo "szczerym", po czym rzucił pośpieszne spojrzenie na twarz Garricka, jakby chciał upewnić się, czy nie spotka się z dezaprobatą z jego strony — to niezbyt przepadam za tymi kamieniami. Kojarzą mi się z moim pierwszym filmem. Nie tym pierwszym-pierwszym, ale tym, w którym byłem statystą jako dzieciak. Uhhh... Na samo wspomnienie mam wrażenie, że piecze mnie skóra — poruszył niespokojnie ramionami, chcąc strząsnąć z nich coś niewidzialnego, lecz z całą pewnością obmierzłego — Ale... z tobą jest tu jakoś inaczej... przyjemniej i bardziej sielsko. Jakie zaklęcie na mnie rzuciłeś?
Posłał mu zawadiacki uśmiech i dał lekkiego kuksańca w bok. Jakby znów byli młodzi. Jakby ostatnie sześć lat nigdy nie miało miejsca.
the others say
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat