17.11.2022, 17:51 ✶
Szczerze mówiąc, Fergus nie planował pojawić się u Nory już teraz, choć chodziło mu z tyłu głowy, żeby zajrzeć do niej późnym wieczorem i sprawdzić, czy wszystko w porządku. Właściwie dosyć automatycznie odwrócił się na pięcie i wyszedł z własnego sklepu, kierując się w jedyne miejsce, w o którym wiedział, że mógł tam znaleźć odrobinę spokoju. A tego teraz potrzebował.
Wpadł do środka, tworząc za sobą przeciąg i tym samym zwracając uwagę panny Figg na obecność kolejnego gościa. Niespecjalnie przejmował się tym, że wokół znajdowali się ludzie. Przywykł do tego, że na Pokątnej zawsze pojawiały się tłumy. Dopiero nieobecność rozgadanych czarodziejów mogła zwiastować, że wydarzyło się coś złego, ale w ostatnim czasie patrole oddelegowane przez Ministerstwo Magii zapewniały względny spokój.
Opadł na wolny stołek tuż naprzeciwko baru, starając się odwzajemnić uśmiech, ale jego nerwy nadal były zbyt skołatane.
- Coś mocnego – mruknął nieco ochrypłym głosem, co mogło mieć związek z tym, że jeszcze chwilę temu wdał się w dość głośną dyskusję z członkami rodziny, którzy akurat mieli to nieszczęście znajdować się w sklepie. Ścisnął palcami nasadę nosa i odetchnął głęboko, układając sobie w głowie wszystko to, co aktualnie było okropnym mętlikiem.
- Wyobraź sobie… – zaczął, unosząc wzrok na Norę i starając się nie gestykulować nadmiernie, żeby przypadkiem nie zahaczyć ręką o Salema. Wolał nie narażać się kotu. – że wysłali mnie po spore zapasy sosny. Dobrze, pomyślałem sobie, że może to jakiś większy projekt, wróciła moda na styl rustykalny.
Próby powstrzymania się przed gestykulacją na niewiele się zdały. Fergus był teraz zbyt rozentuzjazmowany, a i bez tego nie zawsze potrafił usiedzieć w miejscu, co było zaskakujące dla człowieka, który tak dużo czytał. Czasami nawet łapał się na tym, że spacerował po pokoju z książką w ręku. Przesunął się więc odrobinę, nadal uważając na kocura.
- Z godzinę mi zajęło dogadanie się ze starym Meadowsem, żeby nam spuścił z ceny za drewno, skoro bierzemy hurtowo – ciągnął dalej swoją historię, nawet nie zastanawiając się nad tym, czy nie przynudza tym Nory, ale musiał to z siebie wyrzucić. – Uwierz mi, że dawno się tak przed nikim nie płaszczyłem, czułem się jak skrzat domowy. Załatwiłem to drewno, zadowolony z siebie przynoszę je ojcu, a on mi mówi, że to nie na różdżki, tylko na opał do kominka.
Miał wrażenie, że zaraz wyjdzie z siebie i stanie obok jako jakaś imitacja formy astralnej, czy innej bzdety, o której mówili na wróżbiarstwie. Ciekawe, czy bolałoby, gdyby w taki sposób rozpędził się i uderzył w ścianę? Nic więc dziwnego, że od razu skierował się do przyjaciółki, szukając u niej jakiegoś pocieszenia i oderwania myśli od pracy.
Wpadł do środka, tworząc za sobą przeciąg i tym samym zwracając uwagę panny Figg na obecność kolejnego gościa. Niespecjalnie przejmował się tym, że wokół znajdowali się ludzie. Przywykł do tego, że na Pokątnej zawsze pojawiały się tłumy. Dopiero nieobecność rozgadanych czarodziejów mogła zwiastować, że wydarzyło się coś złego, ale w ostatnim czasie patrole oddelegowane przez Ministerstwo Magii zapewniały względny spokój.
Opadł na wolny stołek tuż naprzeciwko baru, starając się odwzajemnić uśmiech, ale jego nerwy nadal były zbyt skołatane.
- Coś mocnego – mruknął nieco ochrypłym głosem, co mogło mieć związek z tym, że jeszcze chwilę temu wdał się w dość głośną dyskusję z członkami rodziny, którzy akurat mieli to nieszczęście znajdować się w sklepie. Ścisnął palcami nasadę nosa i odetchnął głęboko, układając sobie w głowie wszystko to, co aktualnie było okropnym mętlikiem.
- Wyobraź sobie… – zaczął, unosząc wzrok na Norę i starając się nie gestykulować nadmiernie, żeby przypadkiem nie zahaczyć ręką o Salema. Wolał nie narażać się kotu. – że wysłali mnie po spore zapasy sosny. Dobrze, pomyślałem sobie, że może to jakiś większy projekt, wróciła moda na styl rustykalny.
Próby powstrzymania się przed gestykulacją na niewiele się zdały. Fergus był teraz zbyt rozentuzjazmowany, a i bez tego nie zawsze potrafił usiedzieć w miejscu, co było zaskakujące dla człowieka, który tak dużo czytał. Czasami nawet łapał się na tym, że spacerował po pokoju z książką w ręku. Przesunął się więc odrobinę, nadal uważając na kocura.
- Z godzinę mi zajęło dogadanie się ze starym Meadowsem, żeby nam spuścił z ceny za drewno, skoro bierzemy hurtowo – ciągnął dalej swoją historię, nawet nie zastanawiając się nad tym, czy nie przynudza tym Nory, ale musiał to z siebie wyrzucić. – Uwierz mi, że dawno się tak przed nikim nie płaszczyłem, czułem się jak skrzat domowy. Załatwiłem to drewno, zadowolony z siebie przynoszę je ojcu, a on mi mówi, że to nie na różdżki, tylko na opał do kominka.
Miał wrażenie, że zaraz wyjdzie z siebie i stanie obok jako jakaś imitacja formy astralnej, czy innej bzdety, o której mówili na wróżbiarstwie. Ciekawe, czy bolałoby, gdyby w taki sposób rozpędził się i uderzył w ścianę? Nic więc dziwnego, że od razu skierował się do przyjaciółki, szukając u niej jakiegoś pocieszenia i oderwania myśli od pracy.