Feniksy miały w sobie po prostu coś majestatycznego. Fuego był jedynym okazem, który Victoria widziała z bliska, ale nawet jeśli nie był typowym przedstawicielem – to Lestrange tego nie zauważała. Tak samo jak nie uważała, ze Laurent jest po prostu zwykłą foczką, jakimś tam selkie. Patrzyła na to jak na część jego bycia sobą i nie było w tym niczego „zwykłego”.
Victoria nie chciała tego wszystkiego w sobie dusić. Nie uważała też, że wszyscy jej bliscy są w stanie wszystkiego się domyślić, jeśli czegoś nie powie na głos, albo nie przeleje na papier – wiedziała, że nawet gdyby trafił się jakiś nieszczęsny legilimenta, to z niej nie da się czytać jak z otwartej księgi, nie było więc mowy o czytaniu w myślach, można było tylko zgadywać i robić ślepe (lub mniej) strzały na podstawie własnej spostrzegawczości. Dlatego Victoria wolała mówić. Wolała dać znać. Czasami zdawkowo, w tym jednak przypadku nie umiała znaleźć w sobie odpowiednich słów. Sama sobie tego nie ułożyła, nie przetworzyła. No i przecież świat się nie kończył – powinna się w gruncie rzeczy cieszyć, bo oto nie było zmuszania jej do czegoś, tym niemniej… Kiedy miała czas, kiedy nie wypełniała go ruchem i działaniem, to nachodziły ją takie myśli, że jest chyba jakimś robaczywym jabłkiem, takim trochę zgnitym i poobijanym, nie nadającym się do niczego. Więc jak miała to zaadresować? Trzy razy bardziej wolałaby się pewnie skupić na kimś innym, nie na sobie. Zadziwiające było to jak w pewnych punktach życie, decyzje i charakter tej dwójki ludzi były ze sobą zbieżne.
– A co za różnica jak wyglądasz? Ty to ciągle ty – odpowiedziała i delikatnie tknęła go palcem na poziomie serca. Robiło jej różnicę, czy ktoś jest mugolakiem czy nie. Ale kobieta bądź mężczyzna? Neh. Pewnie gdyby temat wyszedł to zrozumiałaby uczucia Laurenta – też go przecież kochała, ale to nie było uczucie romantyczne. Nie tak do końca w każdym razie; to było w pewnym sensie skomplikowane, a w pewnym całkowicie proste. Nie patrzyła też na niego jak na rodzeństwo, z którym nie łączyły ją więzy krwi, to było coś zupełnie innego. Po prostu miłość nie była jednoznaczna, miała różne wymiary w zależności do kogo była odczuwana. – Sam mówiłeś, że to poltergeist. To oczywiście, że kawał. Niezbyt wyrafinowany, ale jednak – ciągle obserwowała Laurenta w tym wydaniu, nie umiała (wcale nie chciała) oderwać od niego oczu, widziała jego zachwyt, tą radość, której nie widziała już od dawna i sama się uśmiechała, choć po trochę też martwiła. Bo teraz się cieszył, a co będzie kiedy psikus już się skończy? Kiedy wróci do swojego dawnego ja? Co jeśli narobi głupot pod wpływem chwili, a potem przez kolejne trzy miesiące będzie wewnętrznie cierpiał? – Skoro nadal się nie skończyło to strzelam, że masz dzień – zawyrokowała i uśmiechnęła się do… kobiety. Tego, że posmutniał, nie dało się nie zauważyć, więc wyciągnęła dłoń, by delikatnie pogłaskać go po policzku. – Nie smuć się, dobrze? – skoro miał okazję jeden dzień pobyć w ciele kobiety, spojrzeć na życie z tej perspektywy, to kim była ona, by mu tego odmawiać? Bała się jedynie, że Laurent mógł się bardzo rozczarować.
– Poproszę Strzałkę jak przyjdzie z herbatą – obiecała, bo faktycznie, aparat w domu był. Nieczęsto używany, ale był. – Jeśli już mam w coś wierzyć, to wierzę w Matkę, a nie w jakiegoś śmiesznego mugolskiego Boga. Obrastaj w piórka feniksa w takim razie – powiedziała miękko, zupełnie nieprzygotowana na to, że Laurent się nie powstrzyma, obróci i nachyli do niej. Że muśnie jej wargi – zimne jak lód jak cała ona. To był krótki gest, zwieńczony dotykiem policzka, po którym Victoria zamrugała zaskoczona i lekko rozchyliła usta, które dotknęła palcami, poczuła też delikatny ucisk w żołądku, jednak nie była zła, nic z tych rzeczy. Uniósłszy spojrzenie na niebieskie tęczówki Laury uśmiechnęła się do niego. Nie była pewna kogo widzi. Znaczy widziała kobietę, ale w jej głowie to ciągle był Laurent i wszystko się kotłowało. Nigdy nie miała ciągot do kobiet, ale to nie do końca nawet była kobieta i… i w ogóle. – Czerwień będzie dobrze wyglądać przy twoich włosach. Ale będzie krzykliwa i wyzywająca – może nazbyt nawet wulgarna. To wszystko zależało. Uroda Laury była delikatna, może rzeczywiście lepsza będzie jakaś sukienka w niebieskim odcieniu… Będzie musiał poprzymierzać i ocenić sam.
To był moment, w którym z cichym trzaskiem pojawiła się skrzatka i położyła na stoliku tacę z dwoma filiżankami, kryształem z cukrem i miseczkę z kruchymi ciasteczkami, a Victoria poprosiła ją jeszcze o aparat i skrzatka zniknęła, by pojawić się kilka sekund później. Położyła przedmiot na stoliku i zostawiła dwie… panie… same. Victoria nawet nie zauważyła, ze Laurent miał dokończyć myśl, ale coś go w końcu odciągnęło. Coś, co zauważył.
– Co? Och… Nie, nie porządki – Victoria odwróciła się od niego i podeszła do wielkiej szafy, by otworzyć ją na oścież. Nadal była pełna ubrań. – Postanowiłam się wyprowadzić. Pomału przenoszę rzeczy do mieszkania w Londynie – wyjaśniła, nie patrząc na niego. – To tajemnica, nie chcę kolejnej kłótni, w której usłyszę, że nie mam prawa wyboru czy coś tam – nie chciała, by matka powiedziała jej wprost, ze czegoś nie może zrobić, bo wiedziała, że wtedy trudno będzie jej się sprzeciwić. Więc… pomału, pomału. A potem… Potem. Jutro będzie futro, tak. Przesuwała wieszaki, szukając pierwszej sukienki, jaką mogła pokazać Laurentowi, by sobie przymierzył. Mógł zresztą do niej dołączyć.