Kłam. Kłam ile sił w płucach i ile śliny w ustach. Kłam ile słów w słowniku, ile dni w roku, ile owadów za oknem. Kłam, ale rób to dla siebie. Nigdy dla innych, nigdy by zyskać w ich oczach, by kupić ich uczucia fałszem. Rób wszystko co niezbędne, ale szczerze. Ze sobą. Z nikim innym. Bądź obrzydliwie transparentny, ale jedynie wobec samego siebie. Nagi, bezbronny, oczywisty. Tak jak kilka lat temu mówił Laurent, nazywając Prawdę chamstwem. Tak, właśnie taki bądź wobec siebie - chamski, bezczelny, bezkompromisowy. I tak, Esmé był smutnym ignorantem.
Był też bogatszy o cztery lata doświadczeń i cztery lata Prawdy. Bezczelnej Prawdy, która szeptała mu po nocy do ucha, że powinien się wstydzić, że powinien być sobą obrzydzony. Trudno było się z nią nie zgodzić, wszak hipokryzja była naprawdę parszywą cechą. Prawda mu przypominała, że nie będzie jego kolejną maską, że kiedyś wyjdzie na jaw i obnaży się, niczym ekshibicjonistka. Bo jak długo mogła znosić powoływanie się na nią, gdy zachowanie rzemieślnika było dalekie od niej?
Esmé musiał dojrzeć do niektórych ideałów przez niego głoszonych. Zrewalidować je. Nie potrafił jednak wyzbyć się swej miłości wobec Prawdy, zatem dlaczego kłamał? Dlaczego udawał? Absurdalne zachowanie jak na kogoś, kto zarzekał się, że Prawda jest najważniejsza. Dalekie od Prawdy byłoby opowiedzenie jak to przemyślał wszystko, jak długo nad tym siedział, aż znalazł swoją odpowiedź, która go satysfakcjonowała. Nie, Prawda była taka, że wpadł na to przypadkiem. Nie była to szczególnie odkrywcza myśl, bo Rowle chociaż miewał swe przebłyski geniuszu i pozornie mogło się wydawać, że w jego głowie znajdują się same złote myśli, to Prawda była nieco inna. Był tylko człowiekiem. Równie głupim i skłonnym do pomyłek, co każdy inny. Nawet mimo swojej nonszalancji czuł się zawstydzony faktem, iż tak długo żył w hipokryzji, gdy Prawda była na wyciągnięcie ręki.
Dlaczego Prawda ma być utwierdzana opinią innych? Dlaczego jej istnienie miało być dyktowane również tym, co myślą inni? Nie, przecież nie takiej Prawdy poszukiwał i nie taką Prawdę kochał. Chirurg a może rzeźnik, ale brutalnie odciął od swej Prawdy tę część, która była niewygodna w obliczu jego światopoglądu.
Ponownie - kłam ile zechcesz, ale nie okłamuj siebie. Kłam o swoim sukcesie, ale nie po to, by samemu poczuć się bardziej spełnionym. Kłam o sobie, ale nie po to, by poczuć się lepiej. Bo wszystko polegało na tym, aby nie zdradzać Prawdy. Jej nie obchodziło co mówisz wobec innych, bo Prawda patrzyła tylko na Ciebie. Patrzyła tak, jak patrzeć mogła tylko najbliższa twemu sercu osoba. Prawdziwa miłość. Zatem nie wolno było się jej wstydzić. Przed samym sobą. Nie wolno było udawać przed samym sobą, że wcale nie jest tak brzydka, tak okrutna, jak była w rzeczywistości. Bo Prawdę nie obchodzili inni. Prawda zakochana była w tobie i tylko tobie. Każdy w końcu miał własną. A zatem jak barbarzyńskim trzeba było być, aby krzywdzić tą jedyną, która bez względu na wszystko uważała ciebie i tylko ciebie za najważniejszego?
Esmé brakowało tego barbarzyństwa.
Nauczył się nie okłamywać siebie. Było to trudniejsze, niżeli nie okłamywanie innych. Nie miał problemu obnażać Prawdy przed innymi, ale sam nie potrafił na nią patrzeć. Wszystko przyszło z czasem. Z czasem, podczas którego czuł się jak śmieć. Przez całe życie miał tylko siebie i tylko Prawdę, a nie potrafił żyć z "nimi" w zgodzie. Sam był tylko fałszem, w który chciał wierzyć. Banalnie rzecz ujmując - całym problemem było źródło kłamstwa i powód ku niemu. Kiedy mówisz, że jesteś bogaty, to nie po to, aby nie czuć się biednym. Kiedy mówisz, że jesteś szczęśliwy to nie po to, aby poczuć się szczęśliwym. Najważniejsze było nie okłamywać siebie oraz nie korzystać z kłamstwa, by łatać swe dziurawe ego poprzez oczy innych. Poprzez ich Prawdę. To byłoby jak zdrada.
- Nie, to nie jest kłamstwo. - mruknął, poszukując więcej zmian, niż kilka drobnych niedoskonałości w dotychczas doskonałej aparycji Laurenta. Rozumiał, że prawdziwym kłamstwem nie jest jego piękno, a to że jego życie jest piękne. Na tyle piękne, że nie widać zmęczenia, nie widać też by kiedykolwiek próbował autodestrukcji. - Twoje piękno nie jest na tyle kruche, by te kilka cech sprawiło, iż jest kłamstwem. - westchnął lekko, sięgając ręką po dłoń Prewetta, lecz nie chwycił jej. Ujął go za nadgarstek licząc, że Jarczuk nie odbierze tego jako atak na swojego Pana. Lewą ręką trzymał go pewnie za te osiem kości. Osiem niczym pętla nieskończoności, którą Laurent spróbował przerwać. Przeciąć. Esmé dwoma palcami - wskazującym i środkowym prawej ręki przesunął po tej bliźnie - delikatnie i czule, jakby wciąż miała boleć. - Twoje kłamstwo to życie o jakie chcesz, by cię podejrzewano. - uniósł w tym momencie jego nadgarstek tak, by sam spojrzał na ślad przeszłości. - Laurent, jesteś piękny właśnie dlatego. - puścił jego rękę, spoglądając na moment na magiczne stworzenie, upewniając się na ile może sobie pozwolić. Doskonale rozumiał, że Prewett wyśmienicie wyszkolił to stworzenie i najpewniej nawet nie drgnie, jeżeli nie dostanie odpowiedniej komendy. A jednak mimo to, wobec tego czworonoga, czuł niepokój. - Jesteś piękny, bo twe zmęczone oczy są dowodem starań. Jesteś piękny, bo te kilka siwych, swoją drogą wręcz niezauważalnie siwych, włosów jest dowodem że ci zależy. Jesteś piękny, bo ta linia jest prawdą. Niepodważalną prawdą, że jesteś wrażliwy i cierpiałeś. A jednak mimo to jesteś tutaj. Mimo to pozwalasz mi nacieszyć się swoim pięknem. - Esmé mówił nadzwyczaj spokojnie, z nauczycielską manierą w głosie, jakby tłumaczył zasady fizyki. Zasady funkcjonowania świata. Mówił też powoli, dając każdemu słowu wybrzmieć, bo mówił teraz o dwóch rodzajach piękna, gdy jego dobry przyjaciel miał na myśli to jedno. A przynajmniej o to jedno dbał, zdając się zapominać o tym drugim. I Esmé czuł się zobowiązany przypomnieć mu o nim.Aż zadrżał, gdy znaleźli się w swoich objęciach. W jego głowie wojna, w jego sercu pokój. Cicho, już cicho - powtarzał sobie, słysząc w oddali płacz chłopca, który nieustannie szlochał od zimna, od odmrożeń jakich zdążył się nabawić. Amputacja. Tylko pozbawienie kawałka siebie pozwalało na to, by przeżyć. By zimno nie dostało się głębiej. Mimo chaosu w umyśle, w sobie czuł... ład. Porządek na tyle wielki, na tyle perfekcyjny, że entropia wydawała się, nie, nie wydawała się, entropia w tym momencie była fikcją. Wszystko stawało się proste, prostsze. Logiczniejsze. Oczywiste. Niektóre rzeczy stawały się absurdalne, wręcz szalone. Tak, jakby przez moment nie zbliżył ich serca do siebie, a zupełnie się nimi zamienił. Współczuł zatem Laurentowi. Uścisk musiał zostać przerwany.
Milczał. Co miał odpowiedzieć? Łatwo było powiedzieć, że nie powinien szukać aprobaty w oczach innych, bo te oczy były kierowane czynnikami, na jakie nie miał wpływu. I aprobata nie zawsze oznaczała, że było się perfekcyjnym. Jednak mimo tej łatwości nie zamierzał tego oznajmiać - niezależnie czy Prewett był bogaty w tę wiedzę, czy nie. Byłoby to hipokryzją.
Oczy jednej z kobiet przez to robią ze mną co zechcą
Może zdążył wyrosnąć z marzeń, by usłyszeć te słowa zapewniające o jego własnej perfekcji z jej ust. Może już dorósł do tego, że miłość była ślepa. Może już zrozumiał, że to nie on był potworem pochłaniającym ciepło, wyniszczającym innych tak, że jedyną drogą była agresja wobec niego - siłowe oderwanie go od źródła, niczym pijawki z ciała. Może. Może nie.
Teraz i on uśmiechnął się w sposób, jaki nie przystawał do tej sytuacji - zadowolony. Jakoby trzymał za powód do dumy to, że Laurent miał tylko i wyłącznie jego z osób, przed którymi mógł być sobą - ze wszelkimi swymi zawiłościami. Że był jedyną pozycją na tej "liście". Liście, która bardziej stanowiła cel, niżeli listę.
- Niebieski ci pasuje. - zaczął, wpatrując się w jego, a jakże, obłędnie niebieskie oczęta. - Pozwól, że przytoczę nieco historii. - nie czekał na pozwolenie. Można było pomyśleć, że dlatego, iż był u siebie, w swojej pracowni. Nie, Laurent znał go wystarczająco, by wiedzieć, że Esmé robił to, co chciał. I nie oczekiwał na przyzwolenia. - Niebieski, a dokładniej potocznie nazywany "prawdziwy niebieski" był niegdyś najszlachetniejszą barwą, bardziej królewską niż szkarłat. Niektórzy posuwali się do stwierdzenia, że szkarłat symbolizował władzę na ziemi - ludzi, a niebieski symbolizował władzę nad niebiosami - boskość. Arystokracja pragnęła oblekać się w ten kolor. Złoto, które dotychczas było swoistym symbolem bogactwa i władzy, stało w cieniu niebieskiego barwnika wykonanego z Lapis Lazuli. Droższego, niż ten miękki metal. - opowiadał, przestępując z nogi na nogę, nie patrząc nawet na Laurenta, a skupiając się na tym, by powiedzieć to, co chciał bez wchodzenia w zbędne szczegóły. Nie był to moment na zanudzanie historią, bo nie o historie tutaj chodziło. A o metaforę i symbolikę. Na koniec jednak wrócił wzrokiem do Prewetta uśmiechając się nieznacznie. - Można powiedzieć, że niebieski uszlachetnia. - uśmiechnął się szerzej. Oszczędził sobie cisnące mu się na usta wspomnienie o błękitnej krwi - symbolu arystokracji i o dzieciach indygo, czyli bardzo świeżemu terminowi związanego z dopiero krzewiącym się ruchem ideologicznym, a może bardziej kulturowym. To odsunęłoby go od sedna wypowiedzi, od sensu do którego zmierzał, a niektórego nie zamierzał wcale podać na srebrnej tacy. Zresztą, nigdy tak nie robił. Sens, który podawał innym, zawsze był rzucony na ziemię, w błoto. Należało się po niego schylić i, może, nieco ubrudzić. Albo zupełnie zignorować i po nim przejść. O to właśnie chodziło. O ten wybór, który koniec końców leżał po stronie Laurenta.Zaśmiał się wesoło na wspomnienie słów sprzed czterech lat. Pokiwał głową na boki, niczym rodzic, który wypowiadał słowa "co ja mam z tobą zrobić?" do swej niesfornej pociechy. Kiedyś te słowa miały więcej sensu, gdy Prewett rzeczywiście nie oczekiwał niczego, a otrzymał... rozrzucone puzzle, z których ułożył obrazek, jaki chciał widzieć. Teraz wiedział czego oczekiwać. A przynajmniej tak uważał. O to go podejrzewał Esmé, będąc jednocześnie arogancko zadowolony z tego, że zdążył się zmienić. I że Laurent mógł się rozczarować lub zaskoczyć, ujrzawszy obrazek w połowie ułożony, do którego można było dopasować inne elementy, zmieniając wydźwięk tego, co było już widoczne. Od tamtego spotkania, pierwszego po długiej przerwie od Hogwartu, widywali się sporadycznie i zdecydowanie zbyt krótko. Nie były to rozmowy, które dało się porównać nawet do kilku pierwszych wypowiedzi tej dzisiejszej. Płytkie i ograniczone do spraw biznesowych, nie zostawiając wiele miejsca na metafory.
- Żebyś tylko się nie zawiódł. - rzucił lekko, chociaż była to swoista przestroga, że Esmé koniec końców był rzemieślnikiem i nie mógł niczego gwarantować. On po prostu był sobą. Mówił i mówił, pokazywał się z różnych stron, pokazywał też palcem na innych. To, co zostało "odnalezione" zależało od Laurenta, a nie od niego. Dlatego nie obarczał się żadną zasługą ani winą, jeżeli jego osoba pomoże lub zaszkodzi Prewettowi.Zwęził spojrzenie, gdy z taką łatwością jego perełka porównała emocje do pieniędzy, zaś samego Czarodzieja do instytucji banku. Nie odwzajemnił rozbawienia, a zachował wręcz nieprzystającą mu powagę, mierząc swym ciemnym spojrzeniem rozmówcę. Uniósł lewą rękę do góry, wystawiając otwartą dłoń, jakby oczekiwał, że zaraz znajdzie się w niej niezbędne mu narzędzie do pracy. Zamiast tego zaraz znalazł się na niej Beksa, który został opuszczony niżej, aby Rowle mógł gładzić jego grzbiet kciukiem, na co sam Smoczoognik reagował... najpierw satysfakcją, a później irytacją, próbując złapać swoją niezbyt groźną paszczą palec rzemieślnika.
- Beksa, ognia. - odezwał się całkiem donośnie, co mogło sugerować swoistą irytację, ale tak naprawdę było jedynym sposobem, żeby jaszczurka zrozumiała komendę. Jedyną, którą pojęła i to zupełnie przypadkiem, bo Esmé w żaden sposób jej nie nagradzał. Nie naciskał też, ale próbował. Aż w końcu stworzenie zrozumiało o co chodzi - będąc zresztą zafascynowane tym jak zwitek tytoniu rozpala się i zaczyna mocno żarzyć, chociaż spadło na niego jedynie kilka iskier. Rzemieślnik włożył w usta papierosa, a Beksa uniósł swój ogonek wyżej, aż w końcu wraz z całą ręką został zbliżony do końca papierosa, rozpalając go. Na moment wykorzystując swe źródło nieszczęść do czegoś pożytecznego. Rowle zaciągnął się dymem, opuszczając Smoczoognika, ale dalej głaszcząc go kciukiem, nim w końcu ułożył go sobie na udzie.- W tej metaforze byłbym bardziej lichwiarzem. - odezwał się, nie spoglądając na Laurenta, zamiast tego sięgnął po popielniczkę z czaszki Tycigryfka, którą położył na drugim udzie - by po nią nie sięgać za każdym razem, gdy chce strzepnąć popiół. Wydmuchał chmurę w górę, by nie dmuchać Prewettowi w twarz, ale też żeby dym nie wypełniał pomieszczenia. - Swoją drogą, masz tupet, Laurent. - mruknął, podążając wzrokiem za Beksą, który znów poderwał się do lotu. Ale tylko na chwilkę. Zaraz wylądował na czubku głowy rzemieślnika, który najwidoczniej przyzwyczajony był do ryzyka podpalenia włosów, bo nawet nie drgnął. Jakby Smoczoognik wcale tam się nie znajdował. - Wchodzisz do mojego małego królestwa i pierwsze co próbujesz, to kłamstwo. - uśmiechnął się lekko, nie dając zupełnie wskazówek co miał na myśli. O jakim fałszu mówił. - Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy. - szyderczy uśmiech zawitał na jego twarzy, lecz na moment - w końcu palił papierosa. Nałóg odzywał się i przypominał, że tak jak wszyscy należeli do świata, tak Esmé należał do nałogu. Oczywiście rzemieślnik, jak to miał w zwyczaju, nie tłumaczył swych myśli. Zamiast tego pozostawiał je do interpretacji, nawet jeżeli błędnej. Było to nadzwyczaj ciekawe co zrozumie Laurent albo inaczej - czego się przestraszy. Jak odbierze te słowa. W ten sposób, w tak banalny sposób, Rowle mógł cieszyć się Prawdą. Bo niczego nie sugerował, niczego nie narzucał, a to od Prewetta zależało co odpowie. Od jego Prawdy.