01.12.2023, 22:53 ✶
Patrick nie planował pojawienia się na obchodach Lithy. Usprawiedliwiał to tym, że wydarzenia z Beltane skutecznie zniechęciły go do takich świąt a wieczorem i tak miał się pojawić na urodzinach Nory. A jednak coś ciągnęło go do go ludzi. Wiedział też, że ani nie mógł się bez końca ukrywać (nawet zainteresowanie, które wzbudzał jako Zimny, musiało z czasem osłabnąć, bo nie był sławny lub bogaty), ani nie powinien – jako auror – dawać się ponieść jakimś własnym, dzikim lękom.
Więc pojawił się na obchodach Lithy. Tym razem bez przydziału tego dnia do służby, bardziej po to by przejść się między straganami, zmierzyć z ogniem i może nawet złapać w przelocie wianek.
Wyglądał całkiem zwyczajnie: w dżinsach, rozpiętej niebieskiej, lnianej koszuli i wychylającym się spod niej białym podkoszulku. Może nawet mugolsko, jak określiliby to niektórzy konserwatywni czarodzieje, ale tak naprawdę, raczej nie wyróżniał się na tle innych (tylko nieliczni zdecydowali się na przebranie w czarodziejskie szaty).
Stał właśnie w kolejce po piwo kremowe (a w planach miał jeszcze zakup czekoladowych gał dla Mavelle), gdy dostrzegł Chestera Rookwooda w towarzystwie dwójki małych dzieci i dwójki… barwnych postaci? Na pewno ich nie znał. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, co właśnie widział, a potem jakoś wszystko nagle ułożyło mu się w głowie w jedną całość i pomyślał, że ta dwójka nie mogła być stąd, bo gdyby byli, nie byliby tak brawurowi i szybko połapaliby się, kogo próbowali okraść.
Wystąpił z kolejki, śledząc wzrokiem zaistniałą sytuację a potem pośpiesznie ruszył w ich stronę, korzystając z tego, że cała trójka była zajęta sobą. Sięgnął ręką do Fiery na kilka sekund przed tym, jak udałoby się jej kopnąć Chestera. Dziewczyna poczuła lodowaty dotyk na barku i pociągnięcie. Dosłownie, jakby stanęła twarzą w twarz z soplem lodu. Chwilę później, dosłownie ten sam lodowaty dotyk poczuł The Edge (choć bardziej przez odepchnięcie Rookwooda).
- Ta dwójka ci się naprzykrza, Chesterze? – zapytał poważnym tonem.
Patrick wiedział, że stary auror miał dużą rodzinę, a patrząc na wiek plączących się obok niego dzieci, założył, że może nawet przyszedł na Lithę z wnukami. Był tu prywatnie. Przyszedł poświętować. Obydwaj byli prywatnie, ale jeśli ktoś z nich miałby się zająć dwójką próbujących swojego szczęścia złodziei, to raczej samotny Steward niż opiekujący się wnukami Rookwood.
- Pozwolisz, że to ja się nimi zajmę? - zacisnął odrobinę mocniej, palce na barku Beast by zachęcić ją do zwrotu sakiewki Chesterowi.
Więc pojawił się na obchodach Lithy. Tym razem bez przydziału tego dnia do służby, bardziej po to by przejść się między straganami, zmierzyć z ogniem i może nawet złapać w przelocie wianek.
Wyglądał całkiem zwyczajnie: w dżinsach, rozpiętej niebieskiej, lnianej koszuli i wychylającym się spod niej białym podkoszulku. Może nawet mugolsko, jak określiliby to niektórzy konserwatywni czarodzieje, ale tak naprawdę, raczej nie wyróżniał się na tle innych (tylko nieliczni zdecydowali się na przebranie w czarodziejskie szaty).
Stał właśnie w kolejce po piwo kremowe (a w planach miał jeszcze zakup czekoladowych gał dla Mavelle), gdy dostrzegł Chestera Rookwooda w towarzystwie dwójki małych dzieci i dwójki… barwnych postaci? Na pewno ich nie znał. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, co właśnie widział, a potem jakoś wszystko nagle ułożyło mu się w głowie w jedną całość i pomyślał, że ta dwójka nie mogła być stąd, bo gdyby byli, nie byliby tak brawurowi i szybko połapaliby się, kogo próbowali okraść.
Wystąpił z kolejki, śledząc wzrokiem zaistniałą sytuację a potem pośpiesznie ruszył w ich stronę, korzystając z tego, że cała trójka była zajęta sobą. Sięgnął ręką do Fiery na kilka sekund przed tym, jak udałoby się jej kopnąć Chestera. Dziewczyna poczuła lodowaty dotyk na barku i pociągnięcie. Dosłownie, jakby stanęła twarzą w twarz z soplem lodu. Chwilę później, dosłownie ten sam lodowaty dotyk poczuł The Edge (choć bardziej przez odepchnięcie Rookwooda).
- Ta dwójka ci się naprzykrza, Chesterze? – zapytał poważnym tonem.
Patrick wiedział, że stary auror miał dużą rodzinę, a patrząc na wiek plączących się obok niego dzieci, założył, że może nawet przyszedł na Lithę z wnukami. Był tu prywatnie. Przyszedł poświętować. Obydwaj byli prywatnie, ale jeśli ktoś z nich miałby się zająć dwójką próbujących swojego szczęścia złodziei, to raczej samotny Steward niż opiekujący się wnukami Rookwood.
- Pozwolisz, że to ja się nimi zajmę? - zacisnął odrobinę mocniej, palce na barku Beast by zachęcić ją do zwrotu sakiewki Chesterowi.