Jak wiele złych rzeczy może ci się przytrafić jednego dnia? Bell generalnie nie miał szczególnie udanego życia, ale ostatnie dwa miesiące dobitnie przypominały mu o tym, że jego pech potrafił bić wszelkie rekordy, a zaznaczam tutaj - na tym etapie myślał sobie tak: jego siostra była frajerką o lepkich dłoniach i mysim móżdżku skłaniającym ją do wymierzania ciosów w nie tego człowieka co trzeba. Gdyby wiedział kogo dokładnie obracała sobie za cel - lewą rękę Lorda Voldemorta, postrach wszystkich lokalnych mugolaków, Aurora pnącego się po jakiś tam szczebelkach kariery, to pewnie zarechotałby dziko, a później opuściłby sabat tak szybko, że by się kurzyło. Całowanie się w wianku to kusząca wizja, ale w takich chwilach człowiek chciał się po prostu spić i iść spać.
Nie wiedział. Poza tym musiał tkwić w tu i teraz, jakoś oddychać. Idiotyczny flirt, agresja i przerysowana gra aktorska były jedynym, co potrafiło zamaskować jego stres, więc brnął w to dalej.
- No weź, nawet umyłem włosy - pisnął, próbując nie upuścić piwa, kiedy działy się te wszystkie pojebane rzeczy. Odepchnięcie przez tego typa to jedno, ale kopnięcie w łydkę przez własną siostrę było już szóstym kręgiem żenady i prawdę mówiąc, pewnie by się z tym piwem wywalił, gdyby nie to, że... Haha, jakież on miał niesamowite szczęście do tych zimnych typów z gazetek.
Flynn wyrżnąłby się pewnie z tym piwem na wydeptaną trawę, gdyby Steward nie pomógł mu w utrzymaniu równowagi. W odpowiedzi na to został zmierzony nieco skołowanym spojrzeniem, bo okropnie dużo tu było wątków do połączenia. Okradziony przez Fiery koleś wabił się Chester - zakodowane. Ten drugi chciał się nim zająć - zakodowane, ale bardzo dwuznacznym tonem głosu. Był tak samo zimny jak Atreus - zakodowane. Był dzień, to nie mógł być wampir. Ghoul? Coś innego? Pracownik Ministerstwa? Flynn orientował się w świecie szeroko, śledził informacje z uwagą, ale Patrick był trochę jak cień swoich towarzyszy - gdzieś tam pewnie wymieniony na stronach Proroka, ale ileż on miał sekund na to, żeby sobie o tym przypomnieć? O wiele za mało, żeby zmieścić w tym cokolwiek poza westchnieniem.
- Ja się tylko potknąłem o pięciolatka - uniósł dłonie w bezbronnym geście, mając nadzieję, że nikt nie zauważył, jak w międzyczasie wcisnął sobie do kieszeni guzik oderwany z koszuli Chestera. Zamierzał później zmusić Fiery do tego, żeby go zeżarła. - Dzięki, słodziutki... pojawiłeś się tu tak znikąd, kiedy ta menda mnie popchnęła - mówił, zadzierając głowę do góry, bo Patrick był od niego wyższy o dobrych dziesięć centymetrów i przy tak malutkiej przestrzeni pomiędzy nimi faktycznie robiło to jakąś różnicę. Następnie upił łyk tego cudem uratowanego piwa i wzdrygnął się od gorzkiego smaku. - Smakuje jak szczyny. - I chociaż nigdy szczyn nie próbował, to był też całkowicie pewny, że po tym całym cyrku nikt nie będzie miał odwagi zadać słynnego pytania: „a próbowałeś kiedyś szczyn, żeby mieć jakieś porównanie”, bo odpowiedzi szło się domyślić, nawet jeżeli była błędna. - Chcesz to dopić? - Wyszczerzył się, modląc się w duchu do tych wszystkich wymyślonych przyjaciół Jima, żeby Patrick miał chociaż minimalne poczucie humoru.
Nie odsunął się od niego. Stał bardzo blisko, a niech go zaziębi. Spojrzenie przeniósł z niego na te dzieciaki wcinające watę. Jedna z nich leżała na ziemi, ale przecież obowiązywała zasada trzydziestu sekund (wychował się w niedostatku, więc nawet i trzech minut albo i dni) więc spróbował tę watę translokować.
Rzucam zaklęcie: Bezróżdżkowo, niewerbalnie, podnoszę watę cukrową z ziemi, odrywam zabrudzony kawałek, a resztę formuję w kształt słonika, z trąbą i w ogóle. Unosi się przed dzieciakiem.
Nie udało się? Nic straconego. Uznaję, że to przez to, że nie podniosłem ręki, więc tym razem macham przy tym dłonią i próbuję jeszcze raz?
Nadal się nie udało? Mówię siarczyste:
- Kurwa m- znaczy oooojejj.
I uśmiecham się do Stewarda przyjaźnie.
Jeżeli to nie odwróci ich uwagi od kradzieży, to już nic nie pomoże. Da Fiery sygnał do tego, żeby udawała poród.
Nie wiedział. Poza tym musiał tkwić w tu i teraz, jakoś oddychać. Idiotyczny flirt, agresja i przerysowana gra aktorska były jedynym, co potrafiło zamaskować jego stres, więc brnął w to dalej.
- No weź, nawet umyłem włosy - pisnął, próbując nie upuścić piwa, kiedy działy się te wszystkie pojebane rzeczy. Odepchnięcie przez tego typa to jedno, ale kopnięcie w łydkę przez własną siostrę było już szóstym kręgiem żenady i prawdę mówiąc, pewnie by się z tym piwem wywalił, gdyby nie to, że... Haha, jakież on miał niesamowite szczęście do tych zimnych typów z gazetek.
Flynn wyrżnąłby się pewnie z tym piwem na wydeptaną trawę, gdyby Steward nie pomógł mu w utrzymaniu równowagi. W odpowiedzi na to został zmierzony nieco skołowanym spojrzeniem, bo okropnie dużo tu było wątków do połączenia. Okradziony przez Fiery koleś wabił się Chester - zakodowane. Ten drugi chciał się nim zająć - zakodowane, ale bardzo dwuznacznym tonem głosu. Był tak samo zimny jak Atreus - zakodowane. Był dzień, to nie mógł być wampir. Ghoul? Coś innego? Pracownik Ministerstwa? Flynn orientował się w świecie szeroko, śledził informacje z uwagą, ale Patrick był trochę jak cień swoich towarzyszy - gdzieś tam pewnie wymieniony na stronach Proroka, ale ileż on miał sekund na to, żeby sobie o tym przypomnieć? O wiele za mało, żeby zmieścić w tym cokolwiek poza westchnieniem.
- Ja się tylko potknąłem o pięciolatka - uniósł dłonie w bezbronnym geście, mając nadzieję, że nikt nie zauważył, jak w międzyczasie wcisnął sobie do kieszeni guzik oderwany z koszuli Chestera. Zamierzał później zmusić Fiery do tego, żeby go zeżarła. - Dzięki, słodziutki... pojawiłeś się tu tak znikąd, kiedy ta menda mnie popchnęła - mówił, zadzierając głowę do góry, bo Patrick był od niego wyższy o dobrych dziesięć centymetrów i przy tak malutkiej przestrzeni pomiędzy nimi faktycznie robiło to jakąś różnicę. Następnie upił łyk tego cudem uratowanego piwa i wzdrygnął się od gorzkiego smaku. - Smakuje jak szczyny. - I chociaż nigdy szczyn nie próbował, to był też całkowicie pewny, że po tym całym cyrku nikt nie będzie miał odwagi zadać słynnego pytania: „a próbowałeś kiedyś szczyn, żeby mieć jakieś porównanie”, bo odpowiedzi szło się domyślić, nawet jeżeli była błędna. - Chcesz to dopić? - Wyszczerzył się, modląc się w duchu do tych wszystkich wymyślonych przyjaciół Jima, żeby Patrick miał chociaż minimalne poczucie humoru.
Nie odsunął się od niego. Stał bardzo blisko, a niech go zaziębi. Spojrzenie przeniósł z niego na te dzieciaki wcinające watę. Jedna z nich leżała na ziemi, ale przecież obowiązywała zasada trzydziestu sekund (wychował się w niedostatku, więc nawet i trzech minut albo i dni) więc spróbował tę watę translokować.
Rzucam zaklęcie: Bezróżdżkowo, niewerbalnie, podnoszę watę cukrową z ziemi, odrywam zabrudzony kawałek, a resztę formuję w kształt słonika, z trąbą i w ogóle. Unosi się przed dzieciakiem.
Rzut Z 1d100 - 17
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Nie udało się? Nic straconego. Uznaję, że to przez to, że nie podniosłem ręki, więc tym razem macham przy tym dłonią i próbuję jeszcze raz?
Rzut Z 1d100 - 81
Sukces!
Sukces!
Nadal się nie udało? Mówię siarczyste:
- Kurwa m- znaczy oooojejj.
I uśmiecham się do Stewarda przyjaźnie.
Jeżeli to nie odwróci ich uwagi od kradzieży, to już nic nie pomoże. Da Fiery sygnał do tego, żeby udawała poród.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.