— Na szczęście. Wiesz co mam na myśli, synu — Zwrócił się do swojego pierworodnego. Jako rzemieślnik doskonale rozumiał targającą nim złość. Jednocześnie nie uważał aby ona była wskazana. Musiała znaleźć swoje ujście w zdrowy i bezpieczny dla otoczenia sposób. Hjalmar zdecydowanie nie powinien iść w jego ślady i rzucać toporem albo młotem. — Tak to już jest w tym fachu, synu. — Dagur doskonale wiedział, że życie to pasmo zwycięstw, przeplatających się z porażkami i trzeba z nich wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski na przyszłość. Zawsze to wydawało mu się lepszym rozwiązaniem, niż poddanie się. A to nie leżało w ich naturze.
— Skoro ci na tym zależy to będziesz pracować dopóki nie osiągniesz postawionego sobie celu. Pamiętaj jednak o odpoczynku. Zmęczony rzemieślnik to mało wydajny rzemieślnik. Nie chciałbym też posyłać na gwałt po uzdrowiciela przez to, że przywaliłeś sobie młotem w dłoń. — Bardzo cieszył go wykazywany przez jego syna zapał do pracy i determinacja do osiągania powziętych sobie celów, jednak czasem starał się je studzić. Dla dobra Hjalmara.
— W istocie, nie jesteśmy zwykłą rodziną i jesteśmy znani oraz szanowani w naszej ojczyźnie. Nie zawiedziesz ich, a tym bardziej mnie. — Kiedy wypowiadał się o ich rodzinie i posiadanej przez nich reputacji to w jego głosie pobrzmiewała wyraźna duma. Z ich jestestwa, ale również z syna. Hjalmar nie odwrócił się od rodzinnego dziedzictwa. W jego oczach jest synem, którego zawsze chciał mieć.
Po powrocie do swojej pracy, Dagur czasem spoglądał w stronę syna i liczył, że tym razem on zdoła wykuć to ostrze i że ono spełni jego oczekiwania. Jeśli tak będzie to będzie mógł przejąć nad nim prace i nałożyć na nie odpowiednie runy. Powinien zacząć uczyć tego syna, aby sam mógł tworzyć magiczne bronie i pozostałe przedmioty. Była to bardzo przydatna umiejętność.