Egzaltowana w sposób niejasny i burzliwy, pamiętając felerny ostatni sabat, nie była chętna, aby zawitać również na Lithii – goniło ją w końcu niejasne poczucie obowiązku wobec kowenu, którego kapłanki stały już przy ognisku, otulając go splecionymi ramionami. Uśmiech kwitł na jej wargach prędko i buńczucznie, tak jakby nawet mary przeszłości nie były w stanie zepsuć jej szampańskiego nastroju – w gruncie rzeczy taka była; pogodna, wrażliwa na krzywdę ludzką i przede wszystkim: przekonana w twierdzeniu, że na świecie powinno być więcej miłości, a mniej spychania na margines ludzki. Westchnięcie zamarło na wargach, gdy kierowała spojrzenie na Heather; prędko jednak błysnęła zębami w ten charakterystyczny dla niej sposób – gdzie policzki podchodziły jej pod oczy, ograniczając nieznacznie pole widzenia.
Ubrana w letnią sukienkę, jedną z tych bardziej eleganckich – nie nazbyt, była w końcu biedna – którą dostała od Alastora na któreś święta bożego narodzenia. Nigdy nie pytała, kto mu pomógł w wyborze, kuzyn w końcu nie miał rozeznania w modzie damskiej i porywach dziewczęcych serc; na rozciągłości życia starał się ją rozumieć i wspierać w mętnej drodze dorastania – nie wiedział jednak zbyt wiele na temat tego, czym nastolatki się interesują.
A Effie była do bólu babska. Lubiła kwiaty, ładne sukienki i magnolie odpiłowane gdzieś przy skwerze; prawdopodobnie dlatego jej naturalnie rumiane policzki zostały muśnięte odrobiną różu, a burza loków opadała na ramiona w nieco bardziej ujarzmiony sposób. Wystroiła się, to było jasne.
Miała słabość do żonkili i białych konwalii.
– Chodźmy do ogniska – zawyrokowała. – Heath, czy kiedykolwiek czułaś się tak, że lokujesz uczucia w kimś nieodpowiednim? W złodzieju lub zbóju? Bo mam mętlik w głowie – rzekła, wykazując się szczerością.
Myślała oczywiście o Fletcherze.
Jakkolwiek bardzo usiłowała odgonić myśli o ich przypadkowym pocałunku, tak bardziej wżynał się on w kanwę umysłu, stając się niespieralnym. Westchnęła ciężko, dając znać o swojej bolączce – po raz pierwszy w życiu tak bardzo korciło ją do złego; do przeżycia przygody – o czym wszak mogła myśleć dziewczyna jej pokroju, jak nie o perseidach i niebezpiecznych uniesieniach?
Starała się zapomnieć o Billym, o jego miękkich wargach i butnej osobowości.
Z konsternacji wyrwała ją dłoń Heather, oplatająca ciasno jej ramię; zachichotała jak mała dziewczynka, zataczając się odrobinę, aż jej wzrok spoczął na ognisku. Rozejrzała się, szukając znajomych twarzy, po czym szturchnęła Wood pod żebro.
– Czy to nie Cami? – zabrzmiała pytaniem.
Chciała dodać coś jeszcze; w jakiś sposób zaanonsować zaczepienie go – wzrok jednak spoczął na językach ognia wymykających się z ogniska, na feerię barw czynioną przez upalny, letni dzień zmieszany z aksamitem płomiennego ciepła. Zapatrzyła się odrobinę za bardzo…
!płomienie