Najpierw trzeba było jakieś oczekiwania w ogóle mieć – bo Victoria wcale ich nie miała. Nie wiedziała skąd ludziom się ubzdurało, że je miała. Chcieć czegoś, a oczekiwać tego, to były dwie, bardzo różne rzeczy. Poza tym to wcale nie było tak, że Victoria stwierdziła, że o ta osoba jej się spodoba, w tej osobie cokolwiek ulokuje, nie. Po prostu przestała się wzbraniać, bo ileż można było trzymać swoje mury wysoko? To po prostu samo się stało – wcale nie musiało, ale tak jakoś wyszło. To nie była autodestrukcja. I to nie tak, że „stworzyła sobie cokolwiek”. Nie chciała o tym słuchać, bo nie mogła nikomu powiedzieć jak w pełni wygląda sytuacja. Co ma w głowie ona, jaką wiedzę, co tak naprawdę działo się u Sauriela. Ludzie to oceniali wiedząc tak naprawdę niewiele i wydawało im się, że Victoria jest naiwna i głupiutka i trzeba jej powiedzieć, że podejmuje złe decyzje i że powinna „zakochać się w kimś innym”. Drażniło ją to, gdy ktoś mówił jej co ma robić, wkurwiało ja to, bo miała tego po dziurki w nosie w domu. A poza tym to po części był jej wybór – bo zamiast się buntować przeciwko swojemu sercu, to po prostu to zaakceptowała. Nie potrzebowała na to żadnego pozwolenia od kogokolwiek. Zresztą, wolała kochać złą osobą i chociaż mieć pewność, że nadal jest w stanie kogoś kochać, niż być wyzbyta uczuć wyższych do cna. Jak jej babcia, która kiedyś kochała, ale później sentyment zamienił się w wiedzę, że mogłaby tę ukochaną osobę zabić i to z radością.
– Ona nie przyjmuje dobrze niczego, co psuje jej wykreowany plan – przyznała z westchnięciem, ale w końcu wzięła łyka herbaty. Leciuteńko ostygła przez ten czas, gdy rozmawiali. – Jak coś nie idzie zgodnie z jej planem, to jest aberracją. Wszystko zawsze musi być po jej myśli – Laurent miał rację i wiedziała to, że ten wybuch Isabelli, to było wyładowanie frustracji. Na córce, bo była towarem tej całej niezgody, bo musiała ja poinformować, że nici z małżeństwa. Ale Victoria miała tak d o ś ć wszystkiego, począwszy od maja, że po prostu gorycz w kielichu w końcu się przelała i to wcale nie o przysłowiową jedną kroplę. Cały maj, a potem pierdolnięty czerwiec tak mocno odbił się na jej psychice, że to, co miała szczelnie zamknięte za drzwiami i w kagańcu, w końcu przed matką też się ulało. Rzeczywiście to wyglądało, jakby Isabella Lestrange dała córce do ręki broń – bo przyparła ją do muru tak mocno, że już nie miała dokąd uciec. I wtedy sama zaczęła kąsać. – Tak, masz rację – powiedziała jeszcze, bo zgadzała się z Laurentem w tej materii. – Nie zamierzam. Nikt więcej wbrew mojej woli nie wciśnie mnie przed ołtarz, nie ma takiej, kurwa, opcji – Victoria rzadko przeklinała, przy Laurencie właściwie w ogóle. Teraz jej się wyrwało, była odrobinę podburzona i było to widać. Zaraz jednak rysy jej twarzy się wygładziły. Nie miała zamiaru przepraszać za tę jedną kurwę. I tak, doskonale wiedziała, że nie będzie jej w Londynie łatwo, że będzie cholernie trudno, trochę się tego bała… W każdym razie względem swojej matki nie robiła niczego pochopnie, dając sobie czas. Mówiło się, że zemsta najlepiej smakuje na zimno, i co prawda to wszystko nie nosiło żadnych znamion zemsty, ale branie wszystkiego na chłodno było tutaj metodą, by nie popełnić błędu. Victoria starała się być bardzo ostrożna. – Laurent, to nie jest takie proste jak się wydaje, kiedy o tym mówię – powiedziała mu bardzo skrótowo co się stało i jak wygląda sytuacja, nie potrzebowała względem tego żadnych „dobrych rad” – piekło podobno było nimi wybrukowane. I wiedziała, że nie chce dla niej źle, natomiast… Nie była gotowa ani nie miała ochoty przyjmować tych rad, tym bardziej, że wydawało jej się, że nie dała nigdzie sygnału, że się w cokolwiek angażuje. Zresztą co miała mu powiedzieć? Że ma stać i patrzeć, jak stoi na przepaści, na której nikt go nie łapie i od niej nie odciąga? Miała na to pozwolić, widząc dokładnie co się dzieje i że nikt mu z tym nie pomaga? Jak miała potem spojrzeć sobie w oczy? Mogłeś pomóc, ale tego nie robiłeś – kim więc jesteś? – Jeśli nie pomogę mu teraz, to mogę sobie tego nie wybaczyć do końca życia – a kto wie ile tego życia jej jeszcze zostało? – Chciałbyś żyć z taką myślą w głowie? – sądziła, że by nie chciał. Tak jak ona nie chciała żyć z wizją tego, że Sauriel mógł na jej oczach spłonąć, gdyby spóźnili się chociaż o minutę, jak wiedziała, że do końca życia by się za to obwiniała, bo raz, że nie zdążyła, a dwa, że to przez jej słowa wszystko tak się zepsuło. I tak samo nie chciała żyć z myślą, że WIEDZIAŁA co się dzieje i nic z tym nie zrobiła. – Tak, to robię. Tak po prawdzie to dzisiaj dopiero jestem w domu trochę dłużej, dopiero mam czas cos tu z tym podziałać.
Przyglądała mu się przez chwilę, kiedy ściągnął koszulę, potem spodnie. Rzeczywiście ta męska bielizna wyglądała dziwacznie, ale kiedy znało się powód… Może powinno być pomiędzy nimi trochę niezręcznie, ale tak po prawdzie, to Victoria niczego takiego nie czuła. Dała Laurentowi czas na to, by się sobie poprzyglądał w lustrze, a sama zerknęła na sukienkę którą wybrał. Gdzie on tu teraz będzie bieliznę kupował, jak tu trzeba wszystko było poubierać pod sukienkę. Poza tym gdzie on tu teraz znajdzie na szybko bieliznę z najlepszego jakościowo materiału, nie znając swoich własnych wymiarów?
– Mogę ci dać jakiś mój stanik. Coś się dopasuje – rzuciła ot tak, wszystko miała poprane w szafie, nie znosiła brudu. Zresztą… Jakby potrzebował jakieś śliczne koronki zamiast tych męskich gaci, to naprawdę nie musiał latać do sklepu. Jakoś przy Laurencie ewentualny wstyd gdzieś z niej zanikał, nie potrafiła tego wyjaśnić. Tak jak nie widziała nic zdrożnego w oglądaniu jego kobiecego nagiego ciała, albo w oddaniu mu swojej bielizny czy ciuchów. – Jak się sobie podobasz?