Było po prostu trochę za wcześnie na takie rozmowy. Tak naprawdę to wszystko było na świeżo, a emocje zamiast ostygać, to ciągle były przez coś drapane i szarpane. Trzeba też było wiedzieć, kiedy był czas na poklepanie kogoś po główce i danie wsparcia, a kiedy na przekazanie, ze to może nie być najlepsza decyzja na świecie. Victoria obecnie nie miała siły słuchać krytyki swojej osoby i naprawdę obecnie nie chciała tych dobrych rad, za bardzo było to podbite chęcią podjęcia własnej decyzji, choćby miała sobie samej zrobić na złość. Potrzebowała czasu. Potrzebowała się uspokoić. Potrzebowała, żeby dano jej spokój, by poczuła, ze jest panią sytuacji i swojego życia – wtedy pewnie by się tak nie denerwowała, na te wszystkie rady od osób, które nie znały w pełni sytuacji.
– Tak, szkoda – przyznała. Wiedziała, że gdyby nie matka, to jej życie wyglądałoby odrobinę inaczej. Może byłoby w nim więcej luzu, może faktycznie tez tego uśmiechu. Może łatwiej byłoby jej się otworzyć przed innymi ludźmi, może już dawno temu poznałaby kogoś, kogo by pokochała i nie byłoby dzisiaj tego dramatu. Ale tak naprawdę to Victoria nad tym nie gdybała, bo nie prowadziło to do niczego sensownego. Tak, potrzebowała czułości, bo w domu tego zawsze brakowało. Jeśli je w ogóle od kogoś otrzymywała, to od ojca, z którym lubiła przesiadywać w jego pracowni i obserwować, jak robił eliksiry i maści.
To był ten punkt, w którym Laurent i Sauriel znaleźliby wspólny język: obaj nie lubili, kiedy przeklinała. Musiała czasami, w pracy, z niektórymi trzeba było mówić ichniejszym językiem, ale tak w zaciszu domowym raczej tego nie robiła. Musiały nią targać mocne emocje, albo już musiało jej naprawdę brakować innych, mocniejszych słów, by coś podkreślić. Ale taka prawda, ze przekleństwa zwykle nie pasowały do jej spokojnego usposobienia. Pasowały za to do tego ognia, który był skryty grubą warstwą ziemi – ale był tam. W końcu w jakimś stopniu musiała być córką swojej matki. Tak jak Laurent w pewnym stopniu był synem swego ojca – choć tego wcale nie trzeba było się doszukiwać. Ale gdyby jej teraz powiedział, żeby nie przeklinała, to zacząłby krótkie droczenie się o tym, że zachowuje się jak zrzędliwa babcia. Od kilku przekleństw w zdaniu nikt przecież nie umierał.
Zrobiła tak naprawdę skrót myślowy, bo mówiąc, że by sobie nie wybaczyła, miała na myśli pomoc bliskiej osobie, u której widziała, że sobie nie radzi – cholera, jak ktoś próbuje popełnić samobójstwo, to już naprawdę nie wiem jaki inny znak trzeba by było postawić przed oczami, żeby to zrozumieć. Może wprost powiedzenie „pomóż mi”. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby widząc u kogoś bliskiego te sygnały, że jest tak bardzo źle, że nie zrobiła nic. Że odwróciłaby się na pięcie, bo to nie jej problem. A kiedy doszłoby do najgorszego i trzeba było zrobić rachunek sumienia, co wtedy? Czy powiedziałaby sobie, że zrobiła wszystko co mogła? Nie, bo wiedziałaby, że nie zrobiła nic, bo jej duma okazała się ważniejsza od czyjegoś życia. A naprawdę tak nie było. Nie była skłonna pomagać tak każdemu napotkanemu na ulicy, każdemu z kim zamieniła choć kilka zdań – absolutnie nie zamierzała się w to angażować. Jej dłonie, jej płatki i jej pióra były jedynie dla bliskich jej osób – a tych w jej życiu było na tyle mało, że mogła je z siebie powyrywać i ofiarować. W jej życiu ludzie byli nie do zastąpienia.
– W porządku – odparła i uśmiechnęła się do Laurenta. Wcale nie chciała o tym rozmawiać, tak po prawdzie to głównie skupiła się na swoim konflikcie z matką, nie sądziła, że Laurent zechce skomentować jakoś to, co do tego doprowadziło, więc po części to trochę on zaczął temat. No nie był to najszczęśliwszy na niego moment. – Chyba po prostu jest trochę za wcześnie na tę rozmowę – powiedziała mu po prostu. – Ja nie czuję się na nią gotowa – by to podnieść i przyjąć na barki jego zdanie. Jednak to nie było tak, że mówił w próżnię – bo to, co powiedział jej poprzednio, pod uwagę wzięła. I nawet zapytała Sauriela, czy czuł się przez nią odepchnięty i odrzucony. – Ale ja ciebie też – dodała ciszej, z rękoma za plecami, kiedy tak przyglądała się Laurze.
– Bo ja wiem… Nie jesteś swoją matką tylko sobą. Edward może sobie gadać co chce – więc czy było to niepoprawne? Jeśli myślał o sobie jak o swojej matce – to owszem, było. Ale przecież nią nie był. – Nic złego być taką kopią, jeśli sprawia ci to przyjemność – przyglądała się nagiemu Laurentowi przez moment, aż w końcu zanurkowała do szuflady z bielizną, żeby coś dla niego wybrać. – Ha, wydaje mi się, że by się ze sobą nie dogadali – Edward był kobieciarzem… no to zupełnie jak Laurent, prawda? Ale na ile Victoria znała swoją matkę, to to by uwłaczało jej dumie, poddać się komuś takiemu jak Edward Prewett. Paradoksalnie rzecz biorąc, wszystko wyglądało na to, że Isabella została bardzo dobrze dobrana z Alexandrem i ich małżeństwo im się podobało. Nie miała nigdy żadnych przesłanek, by jej rodzice kombinowali coś na boku. Zresztą co taki Edward mógłby jej zaoferować? Pieniądze? Tych mieli od groma. Więc chyba po prostu zupełnie nie było im po drodze. I bardzo dobrze… – Masz, przymierz to. Pomogę ci – rzuciła do Laurenta bieliznę, ale była gotowa mu pomóc z tym stanikiem, na moment zapomniawszy że pewnie dotyk jej zimnej dłoni, na jego nagiej skórze, okaże się nie do końca przyjemny.