02.12.2023, 23:45 ✶
Był trzymany za te ręce, nadal się w niego wpatrywał i wiedział - powinien przestać, ale przecież wciąż był tym samym nieokrzesanym sobą - to skłaniało do robienia rzeczy szalonych, wyzbytych jakichkolwiek hamulców. Jak teraz, kiedy na przekór temu uściskowi, na przekór niememu stop, spójrz na mnie, Flynn dźwignął się na materacu, żeby unieść zmęczone ciało w górę i w prowokacyjny sposób usiąść na Alexandrze okrakiem, bardzo świadomie lokując swój tyłek na jego kroczu. Celowy zabieg miał go w tej fali pytań ostudzić, zaczepna mina próbowała zmusić go do zaprzestania tych idiotycznych rozmyślań - trochę desperacki krok, ale jakoś musiał iść z tym do przodu, niestety...
To nie działało. I kilka bardzo bolesnych zdań później Flynn nie wyglądał już jak jego zaczepny kochanek, tylko jak ktoś silnie obrażony, ktoś, kogo właśnie zdzieliło się z liścia w twarz. Miał tę samą minę co zawsze, kiedy skubał zębami wewnętrzną stronę ust. Wpatrywał się w bok, gdzieś daleko poza to łóżko, może nawet gdzieś daleko poza ten wóz. A później zsunął się z niego, pokracznie opadając na prawy bok, odwrócony plecami do niego. Słyszał i czuł, jak Alexander się podnosi, ale sam się nie podniósł. Bycie zawiniętym w kołdrę i obgryzanie paznokcia lewego kciuka dawało mu jakiekolwiek oparcie w rzeczywistości. Dotyk zawsze skutecznie przypominał mu, że znajdował się tu i teraz - nie wczoraj i nie jutro, nie odpływał myślami chuj wie gdzie.
Czego on chciał?
- To jest prawda.
Nie kłamał, mówiąc, że go kocha, że tu zostanie i że zawsze do niego wróci. Ale czego on chciał? Nie zadawało się takich pytań smutnym ludziom. Bo jak to brzmiało - nie chcę nic. Nie mam pojęcia, czego pragnę. Doszukuję się jakichkolwiek znaków. Nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie ani Lustro Pragnień, ani żaden cholerny wróżbita, ani Jim modlący się codziennie do jakichś pozaziemskich bytów. W tym dole, w tym piekle, w którym musiał egzystować, istniało tylko kilka stabilnych potrzeb - rzeczy dających mu radość i satysfakcję - ale nie wszystkimi potrafił i chciał się z nim podzielić, bo one sobie przecież przeczyły.
Dlatego też tak samo jak zawsze, nie odpowiedział na to pytanie. Sprytny był, więc zauważywszy, jak mało dało kuszenie go na seks, obrał taktykę mówienia na najbardziej komfortowy temat, no bo przecież jak się otworzy w jednym z nich, to może drugi będzie się dało zagrzebać pod dywan tak jak wszystko inne, czego nie dało się odblokować ukrytymi opcjami dialogowymi, kiedy Flynn był pijany, naćpany lub zwyczajnie zaspany.
- Nie lubię mówić o swojej przeszłości, bo strasznie wtedy zjebałem. Zjebałem więcej rzeczy, niż chcę, żebyś ze mną dźwigał. Ale ta osoba, która poprosiła mnie o pomoc, to nie jest... no wiesz... - mówił, bo miał wrażenie, że tego właśnie Alexander się obawiał. Fontaine. Kurwa, ciężko było się nie obawiać osoby, której twój chłopak dedykował wielki tatuaż serca na środku swojej klatki piersiowej i nigdy go nie usunął. - To po prostu zdesperowana urzędniczka, która lata temu założyła mi teczkę i potrzebuje pomocy. Wiem o tym strasznie mało, dlatego nie wiem, ile mi to zajmie.
W jego głosie dało się wyczuć niepokój. Ale nie taki niepokój, który wprawiał go w drżenie, tylko w formował w nim narastające napięcie. Nie tylko Alexander potrafił unosić głos, kiedy był zdenerwowany, nie doszli jednak do etapu kłótni, więc próbował trzymać wzbierające się w środku emocje na wodzy. Oderwał się od zaciskania na tej cholernej pościeli i odwrócił głowę w jego kierunku.
- Co rozumiesz przez stabilność?
To nie działało. I kilka bardzo bolesnych zdań później Flynn nie wyglądał już jak jego zaczepny kochanek, tylko jak ktoś silnie obrażony, ktoś, kogo właśnie zdzieliło się z liścia w twarz. Miał tę samą minę co zawsze, kiedy skubał zębami wewnętrzną stronę ust. Wpatrywał się w bok, gdzieś daleko poza to łóżko, może nawet gdzieś daleko poza ten wóz. A później zsunął się z niego, pokracznie opadając na prawy bok, odwrócony plecami do niego. Słyszał i czuł, jak Alexander się podnosi, ale sam się nie podniósł. Bycie zawiniętym w kołdrę i obgryzanie paznokcia lewego kciuka dawało mu jakiekolwiek oparcie w rzeczywistości. Dotyk zawsze skutecznie przypominał mu, że znajdował się tu i teraz - nie wczoraj i nie jutro, nie odpływał myślami chuj wie gdzie.
Czego on chciał?
- To jest prawda.
Nie kłamał, mówiąc, że go kocha, że tu zostanie i że zawsze do niego wróci. Ale czego on chciał? Nie zadawało się takich pytań smutnym ludziom. Bo jak to brzmiało - nie chcę nic. Nie mam pojęcia, czego pragnę. Doszukuję się jakichkolwiek znaków. Nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie ani Lustro Pragnień, ani żaden cholerny wróżbita, ani Jim modlący się codziennie do jakichś pozaziemskich bytów. W tym dole, w tym piekle, w którym musiał egzystować, istniało tylko kilka stabilnych potrzeb - rzeczy dających mu radość i satysfakcję - ale nie wszystkimi potrafił i chciał się z nim podzielić, bo one sobie przecież przeczyły.
Dlatego też tak samo jak zawsze, nie odpowiedział na to pytanie. Sprytny był, więc zauważywszy, jak mało dało kuszenie go na seks, obrał taktykę mówienia na najbardziej komfortowy temat, no bo przecież jak się otworzy w jednym z nich, to może drugi będzie się dało zagrzebać pod dywan tak jak wszystko inne, czego nie dało się odblokować ukrytymi opcjami dialogowymi, kiedy Flynn był pijany, naćpany lub zwyczajnie zaspany.
- Nie lubię mówić o swojej przeszłości, bo strasznie wtedy zjebałem. Zjebałem więcej rzeczy, niż chcę, żebyś ze mną dźwigał. Ale ta osoba, która poprosiła mnie o pomoc, to nie jest... no wiesz... - mówił, bo miał wrażenie, że tego właśnie Alexander się obawiał. Fontaine. Kurwa, ciężko było się nie obawiać osoby, której twój chłopak dedykował wielki tatuaż serca na środku swojej klatki piersiowej i nigdy go nie usunął. - To po prostu zdesperowana urzędniczka, która lata temu założyła mi teczkę i potrzebuje pomocy. Wiem o tym strasznie mało, dlatego nie wiem, ile mi to zajmie.
W jego głosie dało się wyczuć niepokój. Ale nie taki niepokój, który wprawiał go w drżenie, tylko w formował w nim narastające napięcie. Nie tylko Alexander potrafił unosić głos, kiedy był zdenerwowany, nie doszli jednak do etapu kłótni, więc próbował trzymać wzbierające się w środku emocje na wodzy. Oderwał się od zaciskania na tej cholernej pościeli i odwrócił głowę w jego kierunku.
- Co rozumiesz przez stabilność?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.