03.12.2023, 01:03 ✶
W tym wszystkim, co się właśnie rozgrywało Patrick pozostawał raczej nieporuszony. To nie tak, że w innej sytuacji zachowanie The Edge’a nie sprawiłoby, by spojrzał na niego łagodniejszym okiem. Oczywiście, że sprawiłoby, choć z zupełnie innych względów niż ten mógłby przypuszczać. Stewardowi ciągle się wydawało, że większość pospolitych przestępstw wynikała z biedy, nie ze złego charakteru lub wrodzonej podłości. A tu trafił na dwójkę złodziei, w dodatku albo nieudolnych, albo bardzo głupich, bo za cel obrali sobie – ze wszystkich dostępnych na Lithcie opcji – akurat Chestera Rookwooda. Patrick nie miał pojęcia, kto mógłby się okazać gorszym celem ataku niż akurat ten auror. I nie chodziło nawet o jego doświadczenie albo umiejętności, ale o twarde zasady które wyznawał.
Ledwo dostrzegalnie pokręcił głową na słowa Edge’a. Uścisk dalej miał mocny, niechętny do wypuszczenia obydwojga, ale jego wzrok mimowolnie pomknął ku próbie uratowania części waty cukrowej a spojrzenie trochę mu złagodniało. I tak, domyślał się, że to pewnie miało wywołać taki efekt, że to właśnie o to chodziło, żeby pomyślał sobie, że właściwie nie mieli złych intencji, że to głupi wybryk, że się poprawią. Ale bardziej chodziło o to, że ich nie znał i że spotkał na festynie akurat w takiej sytuacji a nie innej.
- Nic innego ci nie próbowali ukraść? – zapytał, przyjmując do wiadomości słowa starszego aurora. Zastanawiał się na ile Rookwood mówił serio, a na ile próbował ich nastraszyć. Kobietę rzeczywiście, przy dużej dozie uporu, mógłby oskarżyć o próbę kradzieży. Ale jej towarzysza? Oskarżenie kogoś o to, że odsłaniał kawałek brzucha było dość śliskie, zwłaszcza latem, gdzie podobne oskarżenia można by było wysnuć wobec części świętujących. Więc pewnie Chester próbował ich nastraszyć. Czy skutecznie to się za chwilę okaże. – Zabieram was ze sobą. Na dłuższy spacer.
I o ile nie było już nic do dodania, pociągnął ich w tłum ludzi, mniej więcej w stronę, gdzie były punkty aportacyjne. W jego oczach Chester Rookwood mógł wrócić do rodzinnego świętowania Lithy.
- Jakie wy w ogóle macie imiona? - zapytał, dziwnie przekonany, że nie podadzą mu prawdziwych. Dokumenty, o ile jakieś mieli, też pewnie zostały podrobione.
Ledwo dostrzegalnie pokręcił głową na słowa Edge’a. Uścisk dalej miał mocny, niechętny do wypuszczenia obydwojga, ale jego wzrok mimowolnie pomknął ku próbie uratowania części waty cukrowej a spojrzenie trochę mu złagodniało. I tak, domyślał się, że to pewnie miało wywołać taki efekt, że to właśnie o to chodziło, żeby pomyślał sobie, że właściwie nie mieli złych intencji, że to głupi wybryk, że się poprawią. Ale bardziej chodziło o to, że ich nie znał i że spotkał na festynie akurat w takiej sytuacji a nie innej.
- Nic innego ci nie próbowali ukraść? – zapytał, przyjmując do wiadomości słowa starszego aurora. Zastanawiał się na ile Rookwood mówił serio, a na ile próbował ich nastraszyć. Kobietę rzeczywiście, przy dużej dozie uporu, mógłby oskarżyć o próbę kradzieży. Ale jej towarzysza? Oskarżenie kogoś o to, że odsłaniał kawałek brzucha było dość śliskie, zwłaszcza latem, gdzie podobne oskarżenia można by było wysnuć wobec części świętujących. Więc pewnie Chester próbował ich nastraszyć. Czy skutecznie to się za chwilę okaże. – Zabieram was ze sobą. Na dłuższy spacer.
I o ile nie było już nic do dodania, pociągnął ich w tłum ludzi, mniej więcej w stronę, gdzie były punkty aportacyjne. W jego oczach Chester Rookwood mógł wrócić do rodzinnego świętowania Lithy.
- Jakie wy w ogóle macie imiona? - zapytał, dziwnie przekonany, że nie podadzą mu prawdziwych. Dokumenty, o ile jakieś mieli, też pewnie zostały podrobione.