03.12.2023, 03:53 ✶
Wianek na jej głowie sprawił, że poczuła nieznaną dotąd emocję. Była empatyczna, była w końcu uzdrowicielem - gdyby nie miała w sobie współczucia do drugiej istoty, nie miałaby szans zajść tak daleko, jak zaszła. Bo o to w tym chodziło: nie o to, by przychodzić do Munga na kilka godzin, obcesowo traktować ludzi i wracać do domu, by zjeść kolację i pójść spać. Nie, tu chodziło o coś innego. I chociaż nie umiała płakać razem z nimi, tak potrafiła być obok, spojrzeć chłodnym okiem osoby trzeciej, a gdy zachodziła potrzeba: nawet przytulić i doradzić. Teraz jednak czuła, że po nałożeniu wianka na głowę coś się zmieniło. Wzdłuż jej kręgosłupa przeszedł przyjemny dreszcz, chociaż wcale nie zrobiło się chłodniej. Nie zawiał nawet lżejszy wiatr, który poruszyłby jej blond włosami czy zwiewnymi rękawami luźnej koszulki. Nie miała pojęcia, co się stało, ale jej usta samoistnie rozciągnęły się w uśmiechu, a nogi same przesunęły się po ziemi, by zaprowadzić Camille do stoisk. Minęła te z watą, minęła te z lodami i piwem. Szła przed siebie, unikając ludzi, którzy mogliby na nią wpaść. Z ciekawością wyciągała szyję, zastanawiając się co się tak naprawdę stało, że nagle zapragnęła dołączyć do gromady osób, których nie znała. Że przechodziła między ludźmi, którzy byli roześmiani, i nagle bez zazdrości zaczęła odpowiadać im uśmiechem.
Magia była piękna, a Camille kochała piękno. Wychowała się w pięknej rodzinie, pięknym domu, chodziła do pięknej szkoły. Jedyną niezbyt piękną rzeczą w jej życiu była praca, nierzadko usiana krwią, brudem i znojem. Ale tutaj, przy polanie ognisk, mogła o tej brzydocie zapomnieć. Dać się ponieść śmiechom, uniesieniom, odwracać wzrok od zakochanych par, którym chyba zbyt mocno udzielił się nastrój, i krążyć między straganami w poszukiwaniu czegoś dla siebie.
Zatrzymała się na chwilę, dostrzegając to, czego tak usilnie szukała. Lemoniada. Kiedy ostatnio pozwoliła sobie na taką małą przyjemność? Ruszyła do stoiska, mijając Chestera z dziećmi. Naraz przystanęła znowu, marszcząc brwi. Szerokie rękawy bluzki otarły się niezauważalnie o mężczyznę, a Camille wygięła się by przepuścić dziecko, nie chcąc stracić z oczu straganu. Poczuła jednak coś, co kazało się jej zatrzymać.
Powiedzieć, że Camille nie miała intuicji czy nie była otwarta na doznania spirytystyczne, to jakby nie powiedzieć nic. Nie chodziło o to, że w to nie wierzyła - po prostu nie potrafiła patrzeć dalej niż poza logikę i emocje oraz rozsądek. Niektórzy potrafili skręcić z obranej ścieżki, wiedzeni przeczuciem, lecz nie ona. Dlatego właśnie się zatrzymała i zmarszczyła wzrok, gdy znowu poczuła coś dziwnego. To był ten wianek? Jak kwiaty mięty mogły sprawić, że naraz zaczęła odczuwać wszystko intensywniej, inaczej? Nie mogły. Ale nagle ta cieniutka niteczka przeczucia pękła. Już nie ciągnęło ją w kierunku lemoniady, ale podeszła do stoiska i wiedziona kaprysem wzięła jedną. Upiła mały łyk jeszcze obok, przy płaceniu, lecz skrzywiła się nieznacznie. Sam cukier. To nie było tego warte. Dyskretnie odłożyła kubek i ruszyła w stronę namiotów, sięgając do jednej z przepastnych kieszeni spodni. Dlatego preferowała spodnie, w nich zawsze były kieszenie. Wyciągnęła paczkę papierosów, którą kupiła... Kiedy - miesiąc temu? Dwa? Nawet nie miała pojęcia. Stanęła z boku i włożyła papierosa do ust. Odpaliła go, by zabić słodki smak. Żałowała, że nie miała przy sobie miętówki albo gumy czy czegoś w tym rodzaju. Wtedy dostrzegła dzieciaki z watą, przy których stanęła zbyt blisko. Zamachała dłonią, rozwiewając dym. Może inni mieli to w nosie, ale Camille jako palaczka okazyjna wiedziała dobrze, jak zapach dymu tytoniowego potrafił wpłynąć na apetyt.
- Odsunę się - posłała dzieciom uśmiech, po czym zrobiła dwa kroki tak, by znaleźć się na tyle daleko, by nie drażnić ich nosów. Zerknęła na Chestera i uniosła kącik ust. - Przepraszam, już się odsuwam. Nie zauważyłam was.
Odsunęła rękę z papierosem. Jak na złość powiedzenie, że dym zawsze wieje na niepalących, się sprawdzało. To musiała być jakaś wybitna złośliwość losu, bo to nie był pierwszy raz, gdy zauważyła tę dziwną zależność. Mówiła ze słyszalnym, ale niezbyt silnym, francuskim akcentem. Jakby spędziła tu dużą część swojego życia, a Londyn i ten język wsiąkły w nią na dobre.
Magia była piękna, a Camille kochała piękno. Wychowała się w pięknej rodzinie, pięknym domu, chodziła do pięknej szkoły. Jedyną niezbyt piękną rzeczą w jej życiu była praca, nierzadko usiana krwią, brudem i znojem. Ale tutaj, przy polanie ognisk, mogła o tej brzydocie zapomnieć. Dać się ponieść śmiechom, uniesieniom, odwracać wzrok od zakochanych par, którym chyba zbyt mocno udzielił się nastrój, i krążyć między straganami w poszukiwaniu czegoś dla siebie.
Zatrzymała się na chwilę, dostrzegając to, czego tak usilnie szukała. Lemoniada. Kiedy ostatnio pozwoliła sobie na taką małą przyjemność? Ruszyła do stoiska, mijając Chestera z dziećmi. Naraz przystanęła znowu, marszcząc brwi. Szerokie rękawy bluzki otarły się niezauważalnie o mężczyznę, a Camille wygięła się by przepuścić dziecko, nie chcąc stracić z oczu straganu. Poczuła jednak coś, co kazało się jej zatrzymać.
Powiedzieć, że Camille nie miała intuicji czy nie była otwarta na doznania spirytystyczne, to jakby nie powiedzieć nic. Nie chodziło o to, że w to nie wierzyła - po prostu nie potrafiła patrzeć dalej niż poza logikę i emocje oraz rozsądek. Niektórzy potrafili skręcić z obranej ścieżki, wiedzeni przeczuciem, lecz nie ona. Dlatego właśnie się zatrzymała i zmarszczyła wzrok, gdy znowu poczuła coś dziwnego. To był ten wianek? Jak kwiaty mięty mogły sprawić, że naraz zaczęła odczuwać wszystko intensywniej, inaczej? Nie mogły. Ale nagle ta cieniutka niteczka przeczucia pękła. Już nie ciągnęło ją w kierunku lemoniady, ale podeszła do stoiska i wiedziona kaprysem wzięła jedną. Upiła mały łyk jeszcze obok, przy płaceniu, lecz skrzywiła się nieznacznie. Sam cukier. To nie było tego warte. Dyskretnie odłożyła kubek i ruszyła w stronę namiotów, sięgając do jednej z przepastnych kieszeni spodni. Dlatego preferowała spodnie, w nich zawsze były kieszenie. Wyciągnęła paczkę papierosów, którą kupiła... Kiedy - miesiąc temu? Dwa? Nawet nie miała pojęcia. Stanęła z boku i włożyła papierosa do ust. Odpaliła go, by zabić słodki smak. Żałowała, że nie miała przy sobie miętówki albo gumy czy czegoś w tym rodzaju. Wtedy dostrzegła dzieciaki z watą, przy których stanęła zbyt blisko. Zamachała dłonią, rozwiewając dym. Może inni mieli to w nosie, ale Camille jako palaczka okazyjna wiedziała dobrze, jak zapach dymu tytoniowego potrafił wpłynąć na apetyt.
- Odsunę się - posłała dzieciom uśmiech, po czym zrobiła dwa kroki tak, by znaleźć się na tyle daleko, by nie drażnić ich nosów. Zerknęła na Chestera i uniosła kącik ust. - Przepraszam, już się odsuwam. Nie zauważyłam was.
Odsunęła rękę z papierosem. Jak na złość powiedzenie, że dym zawsze wieje na niepalących, się sprawdzało. To musiała być jakaś wybitna złośliwość losu, bo to nie był pierwszy raz, gdy zauważyła tę dziwną zależność. Mówiła ze słyszalnym, ale niezbyt silnym, francuskim akcentem. Jakby spędziła tu dużą część swojego życia, a Londyn i ten język wsiąkły w nią na dobre.