03.12.2023, 11:41 ✶
Florence zawsze się martwiła – tak jak dziś była zmartwiona o brata. Ale jednocześnie to nie tak, że te zmartwienia spędzały jej sen z powiek. Była córką byłego aurora, siostrą dwóch aurorów, najlepszą przyjaciółką aurora, a zarazem córką kobiety, która wywodziła się z rodziny, nomen omen, mafijnej. Bulstrode pozostawała więc w tym całym zamieszaniu i chaosie pewna jak skała, troszcząca się o innych, ale też nie łamiąca sobie głowy niepotrzebnie – ot czasem szukającą w przyszłości drobnych wskazówek. I choć nie należała do tych, co czerpią z życia pełnymi garściami, szukają wrażeń czy robią coś z dziką radością… to praca w szpitalu i drobne przyjemności dawały jej spokojne zadowolenie.
Dokładnie takie, jakiego szukała.
– To nie będzie konieczne – stwierdziła Florence ze spokojem, bo och, Edward zalazł jej ostatnio za skórę, a ona zalazła za skórę jemu – wiedziała to doskonale. Ale nie miała zamiaru ani opowiadać o tym Vincentowi, ani prosić o niemożliwe mediacje, bo tak naprawdę ani trochę nie obchodziło ją, co myśli stary Prewett: on sam, niestety, interesował ją, ale głównie w tym kontekście, że mógł zrobić krzywdę Laurentowi. I, paradoksalnie, i Vincentowi, który wypełniał jego polecenia.
– Doprawdy… – mruknęła Florence na jego słowa, spoglądając na ogień, na widoczne w nich rydwany.
Zabawna sprawa, że ledwo co myślała, że jej jednej z rodziny nie ciągnie do dalekiego świata, a tymczasem to taką wróżbę przyniósł ogień: podróż.
– Dziecko? – stwierdziła, przenosząc z powrotem wzrok na Vincenta. – Zobaczyłeś konkretnie Aydayę i dziecko? Samo dziecko we wróżbiarstwie może mieć wiele różnych znaczeń. – A Florence większości z nich nie znała, bo skupiając się na medycynie, nie miała już po prostu przestrzeni na uzupełnienie talentu jasnowidza jeszcze techniką odczytywania symboli z dna fusów. – Płomienie wróżą mi, zdaje się, podróż. Co zabawne, matka nie tak dawno odwiedziła Las Vegas i wygrała podobno nieduży domek w Toskanii. Nie myślałam dotąd, żeby się tam wybrać, ale może powinnam go odwiedzić. Może też masz na to ochotę? – zapytała, po czym rozejrzała się po tłumie.
– Będę się powoli zbierać – zdecydowała, obracając w palcach różany wianek. – Zobaczę, czy moi bracia już wrócili z dzisiejszej służby.
Czy obaj nie weszli na mroczny statek i widmo i na nim nie umarli, pomyślała. Może nie zaszkodzi nawet zajrzeć do Ministerstwa, bo pewnie jeżeli tam byli, to nawet gdyby wrócili, wypuszczą ich najwcześniej niedługo przed zmierzchem…
– Chcesz jeszcze tutaj zostać? – spytała, zerkając na niego, by potem sama lub z nim, skierowała się do najbliższego punktu Fiuu.
Dokładnie takie, jakiego szukała.
– To nie będzie konieczne – stwierdziła Florence ze spokojem, bo och, Edward zalazł jej ostatnio za skórę, a ona zalazła za skórę jemu – wiedziała to doskonale. Ale nie miała zamiaru ani opowiadać o tym Vincentowi, ani prosić o niemożliwe mediacje, bo tak naprawdę ani trochę nie obchodziło ją, co myśli stary Prewett: on sam, niestety, interesował ją, ale głównie w tym kontekście, że mógł zrobić krzywdę Laurentowi. I, paradoksalnie, i Vincentowi, który wypełniał jego polecenia.
– Doprawdy… – mruknęła Florence na jego słowa, spoglądając na ogień, na widoczne w nich rydwany.
Zabawna sprawa, że ledwo co myślała, że jej jednej z rodziny nie ciągnie do dalekiego świata, a tymczasem to taką wróżbę przyniósł ogień: podróż.
– Dziecko? – stwierdziła, przenosząc z powrotem wzrok na Vincenta. – Zobaczyłeś konkretnie Aydayę i dziecko? Samo dziecko we wróżbiarstwie może mieć wiele różnych znaczeń. – A Florence większości z nich nie znała, bo skupiając się na medycynie, nie miała już po prostu przestrzeni na uzupełnienie talentu jasnowidza jeszcze techniką odczytywania symboli z dna fusów. – Płomienie wróżą mi, zdaje się, podróż. Co zabawne, matka nie tak dawno odwiedziła Las Vegas i wygrała podobno nieduży domek w Toskanii. Nie myślałam dotąd, żeby się tam wybrać, ale może powinnam go odwiedzić. Może też masz na to ochotę? – zapytała, po czym rozejrzała się po tłumie.
– Będę się powoli zbierać – zdecydowała, obracając w palcach różany wianek. – Zobaczę, czy moi bracia już wrócili z dzisiejszej służby.
Czy obaj nie weszli na mroczny statek i widmo i na nim nie umarli, pomyślała. Może nie zaszkodzi nawet zajrzeć do Ministerstwa, bo pewnie jeżeli tam byli, to nawet gdyby wrócili, wypuszczą ich najwcześniej niedługo przed zmierzchem…
– Chcesz jeszcze tutaj zostać? – spytała, zerkając na niego, by potem sama lub z nim, skierowała się do najbliższego punktu Fiuu.