03.12.2023, 16:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2023, 17:37 przez Brenna Longbottom.)
Brenna była córką i swojego ojca, twardego gliny, i matki, Potterówny, a Potterowie mieli stosunek do zasad swobodny. Należało dodać do tego jeszcze czasy w jakich żyli i stopień zinfiltrowania Ministerstwa przez Voldemorta, a otrzymywało się osobę, która z całego serca wierzyła w sprawiedliwość – ale wiedziała, że ta nie zawsze idzie w parze z prawem.
I chociaż do podejścia Prewettów było jej bardzo daleko, zwłaszcza, że nie działała we własnym interesie… To nie grała wedle cudzych zasad. Ustalała swoje własne. Jeżeli wiedziała, że zgodnie z przepisami nie zdoła dorwać tych ludzi, szukała w nich luki, która pozwoli działać. Nie mogła ot tak się tam wrąbać, bo nie mogłaby potem ich aresztować, ale już postarać się stworzyć odpowiednią sytuację… która pozwoli działać w imię „wyższej konieczności”… a gdyby tak przypadkiem ktoś spróbował ich zabić… Tak, to byłoby już idealne.
Uśmiechnęła się tylko na jego słowa, przebiegłym uśmiechem, a potem wstała i wyszła przed dom, by stamtąd się aportować pod wskazaną lokalizację.
– Czekaj, coś o czym ci nie pisałam… Czy liczy się wpadnięcie niechcący do magicznej jaskini, kiedyś zamieszkanej przez nekromantkę, z korytarzami z halucynacjami, sadzawką z kośćmi, w której omal nie utonęłam i druzgotkami, z których łap trzeba było się wyrwać, by wypłynąć na powierzchnię morza i wrócić na brzeg? – spytała lekko, kiedy oboje aportowali się z trzaskiem na skraju lasu gdzieś w północnej Anglii. Było tutaj chłodniej niż w New Forest, a las był gęsty, wyraźnie rzadko uczęszczany przez ludzi. Chociaż słońce jeszcze nie zaszło, pośród drzew już pełno było cieni.
Nie miała oporu wobec dzielenia się takimi historiami akurat z nim, z prostego powodu: wątpiła, by się o nią martwił. Prędzej będzie zazdrościł. Innym niekiedy coś mówiła, ale zwykle sytuację bagatelizowała, ot raz, by nikt się przypadkiem nie zamartwiał, dwa, by nie brzmiało to jak głupie przechwałki. Choć i tutaj ta historia w jej opowieści brzmiała niemal lekko, nie oddając grozy tych chwil, gdy Olivia znikła pod falami – i gdy Brenna zanurkowała po nią, pewna, że obie utoną.
O więziach i ich łamaniu wspominać na pewno nie zamierzała. Pewne rzeczy Brenna zostawiała dla siebie i nie mówiła o nich ani kumplom, ani matce, ani przyjaciółkom, ani kuzynkom. Przede wszystkim dlatego, że tak było łatwiej dla niej. Ani myślała przyznawać, że jednym z powodów, dla których tu była, było to, że po prostu nie chciała dziś myśleć.
– Nie wiem, na ile dane są dokładnie, ale cynk i dane u Kevina wskazują, jest spora szansa, że spróbują dziś w nocy dobrać się do legowiska lunabelli, które podobno jest praktycznie na skraju tego lasu i jego części prywatnej. Wiem, gdzie leży mniej więcej, ty chyba powinieneś umieć te zwierzaki wytropić… Możemy się przyczaić, a jeżeli jakieś zgarną na naszych oczach, no to wtedy już mam pełne prawo pakować się, gdzie tylko zechcę.
Ruszyła pierwsza pomiędzy drzewa, w zapadającym zmroku. Machnęła różdżką, szepcąc zaklęcie i spadł na nią czar kameleona - wciąż widział ją, gdy się poruszała, ale kiedy przystawała, jej sylwetka niemal zlewała się w półmroku z lasem.
I chociaż do podejścia Prewettów było jej bardzo daleko, zwłaszcza, że nie działała we własnym interesie… To nie grała wedle cudzych zasad. Ustalała swoje własne. Jeżeli wiedziała, że zgodnie z przepisami nie zdoła dorwać tych ludzi, szukała w nich luki, która pozwoli działać. Nie mogła ot tak się tam wrąbać, bo nie mogłaby potem ich aresztować, ale już postarać się stworzyć odpowiednią sytuację… która pozwoli działać w imię „wyższej konieczności”… a gdyby tak przypadkiem ktoś spróbował ich zabić… Tak, to byłoby już idealne.
Uśmiechnęła się tylko na jego słowa, przebiegłym uśmiechem, a potem wstała i wyszła przed dom, by stamtąd się aportować pod wskazaną lokalizację.
– Czekaj, coś o czym ci nie pisałam… Czy liczy się wpadnięcie niechcący do magicznej jaskini, kiedyś zamieszkanej przez nekromantkę, z korytarzami z halucynacjami, sadzawką z kośćmi, w której omal nie utonęłam i druzgotkami, z których łap trzeba było się wyrwać, by wypłynąć na powierzchnię morza i wrócić na brzeg? – spytała lekko, kiedy oboje aportowali się z trzaskiem na skraju lasu gdzieś w północnej Anglii. Było tutaj chłodniej niż w New Forest, a las był gęsty, wyraźnie rzadko uczęszczany przez ludzi. Chociaż słońce jeszcze nie zaszło, pośród drzew już pełno było cieni.
Nie miała oporu wobec dzielenia się takimi historiami akurat z nim, z prostego powodu: wątpiła, by się o nią martwił. Prędzej będzie zazdrościł. Innym niekiedy coś mówiła, ale zwykle sytuację bagatelizowała, ot raz, by nikt się przypadkiem nie zamartwiał, dwa, by nie brzmiało to jak głupie przechwałki. Choć i tutaj ta historia w jej opowieści brzmiała niemal lekko, nie oddając grozy tych chwil, gdy Olivia znikła pod falami – i gdy Brenna zanurkowała po nią, pewna, że obie utoną.
O więziach i ich łamaniu wspominać na pewno nie zamierzała. Pewne rzeczy Brenna zostawiała dla siebie i nie mówiła o nich ani kumplom, ani matce, ani przyjaciółkom, ani kuzynkom. Przede wszystkim dlatego, że tak było łatwiej dla niej. Ani myślała przyznawać, że jednym z powodów, dla których tu była, było to, że po prostu nie chciała dziś myśleć.
– Nie wiem, na ile dane są dokładnie, ale cynk i dane u Kevina wskazują, jest spora szansa, że spróbują dziś w nocy dobrać się do legowiska lunabelli, które podobno jest praktycznie na skraju tego lasu i jego części prywatnej. Wiem, gdzie leży mniej więcej, ty chyba powinieneś umieć te zwierzaki wytropić… Możemy się przyczaić, a jeżeli jakieś zgarną na naszych oczach, no to wtedy już mam pełne prawo pakować się, gdzie tylko zechcę.
Ruszyła pierwsza pomiędzy drzewa, w zapadającym zmroku. Machnęła różdżką, szepcąc zaklęcie i spadł na nią czar kameleona - wciąż widział ją, gdy się poruszała, ale kiedy przystawała, jej sylwetka niemal zlewała się w półmroku z lasem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.