17.11.2022, 21:17 ✶
- Tylko proszę, z żadnymi BUMowcami. Wiem, że stać cię na aurora. I daj znać, kiedy masz wpaść, żeby wiesz... mogło mnie wtedy nie być - uśmiechnął się do niej jakże czarująco, a przynajmniej w swoim mniemaniu, bo poirytowanie promieniującym bólem skutecznie psuło całe przedstawienie. Ktoś mógłby pomyśleć, że to czarnoksiężnicy byli prawdziwym wrogiem w jego życiu. Co chwila jednak poprzez drobne interakcje, uświadamiał sobie, że prawdziwymi przeciwnikami jego żywota było jego rodzeństwo. Właśnie tak zaczynały się rozłamy w rodzinie i konflikty na całe życie - popychaniem cierpiącego na kozetkę.
- Do schodów? - rzucił absurdalnie wręcz oburzony, mierząc wzrokiem najpierw ją, a potem oglądając się na wejście do sali i starając się odtworzyć drogę, którą się tutaj doczłapać. - Mogę się z tobą założyć, że zajdę o wiele dalej! - wstałby pewnie tu i teraz, ale jakoś tak... no nie miał po prostu ochoty w tym momencie. Był też absolutnie przekonany, że dotarłby przynajmniej przez wejście do szpitala. Ale tam chyba też były schody? A może nie? W każdym razie, na pewno zaszedłby dalej, niż jej się to wydawało. Musiało jej się po prostu przewidzieć. - Potraktuj to wtedy jako codzienne ćwiczenia. W zdrowym ciele, zdrowy duch. Jak sobie poskaczesz tak nad kimś, raz w jedną, raz w drugą, to ci się od razu krążenie poprawi - a podobno dobre krążenie, to ważna rzecz była.
- Niestety, ale jestem powolnym uczniem - sarknął, krzywiąc się na jej słowa, jakby właśnie zadała jego dumie największy cios swojego życia. Kiedy tylko wyciągnęła do niego ręce, żeby sprawdzić jak tam głowa, o ile to zrobiła, trzepnął ją w dłoń, mrucząc coś pod nosem, że przecież tylko żartował, zostaw mnie kobieto.
Nawet jeśli bardzo chciał się aktualnie wyrywać, to niestety nie miał ku temu zbytnio możliwości. Nawet jeśli oberwał tylko troszkę, to wystarczająco i z takim skutkiem, że skutecznie utrudniało mu to zwyczajową obronę przed pomocą medyczną. Znajdował się, niestety, na przegranej pozycji. Zwykle bowiem wystarczyła butelka ognistej whisky, spanko i czuł się jak nowo narodzony. Może z paroma siniakami, obolałymi mięśniami i kacem, ale tak - niczym noworodek.
Gdyby miał się jakoś przyznawać do swojej opinii na temat charłaków to pewnie powiedziałby też, że tego typu akty agresji, były zwyczajnym marnotrawstwem. Marnowano czas BUMowców, aurorów, ministerstwa, służby zdrowia i każdego, kto przypadkiem znalazł się w okolicach marszu. Wszystko to było przede wszystkim uciążliwe, ale niektórzy uważali, że jak nie pierdolną w kogoś tak, jak w niego rodzice napierdalali za dzieciaka zaczarowanym kapciem, to świat w ogóle się nie zmieni.
- Błagam cię. Sześćdziesiąt sekund to gorzej jak jedna minuta. Miejże litość, kobieto - jęknął, wiercąc się jeszcze przez chwilę, co najmniej jakby miał owsiki, całkiem niedyskretnie próbując się z tej kozetki ześlizgnąć znowu. Kiedy jednak Florence ponownie mu to udaremniła, a na pewno to zrobiła, z miną obrażonego dzieciaka usiadł spokojnie na dupsku.
- Do schodów? - rzucił absurdalnie wręcz oburzony, mierząc wzrokiem najpierw ją, a potem oglądając się na wejście do sali i starając się odtworzyć drogę, którą się tutaj doczłapać. - Mogę się z tobą założyć, że zajdę o wiele dalej! - wstałby pewnie tu i teraz, ale jakoś tak... no nie miał po prostu ochoty w tym momencie. Był też absolutnie przekonany, że dotarłby przynajmniej przez wejście do szpitala. Ale tam chyba też były schody? A może nie? W każdym razie, na pewno zaszedłby dalej, niż jej się to wydawało. Musiało jej się po prostu przewidzieć. - Potraktuj to wtedy jako codzienne ćwiczenia. W zdrowym ciele, zdrowy duch. Jak sobie poskaczesz tak nad kimś, raz w jedną, raz w drugą, to ci się od razu krążenie poprawi - a podobno dobre krążenie, to ważna rzecz była.
- Niestety, ale jestem powolnym uczniem - sarknął, krzywiąc się na jej słowa, jakby właśnie zadała jego dumie największy cios swojego życia. Kiedy tylko wyciągnęła do niego ręce, żeby sprawdzić jak tam głowa, o ile to zrobiła, trzepnął ją w dłoń, mrucząc coś pod nosem, że przecież tylko żartował, zostaw mnie kobieto.
Nawet jeśli bardzo chciał się aktualnie wyrywać, to niestety nie miał ku temu zbytnio możliwości. Nawet jeśli oberwał tylko troszkę, to wystarczająco i z takim skutkiem, że skutecznie utrudniało mu to zwyczajową obronę przed pomocą medyczną. Znajdował się, niestety, na przegranej pozycji. Zwykle bowiem wystarczyła butelka ognistej whisky, spanko i czuł się jak nowo narodzony. Może z paroma siniakami, obolałymi mięśniami i kacem, ale tak - niczym noworodek.
Gdyby miał się jakoś przyznawać do swojej opinii na temat charłaków to pewnie powiedziałby też, że tego typu akty agresji, były zwyczajnym marnotrawstwem. Marnowano czas BUMowców, aurorów, ministerstwa, służby zdrowia i każdego, kto przypadkiem znalazł się w okolicach marszu. Wszystko to było przede wszystkim uciążliwe, ale niektórzy uważali, że jak nie pierdolną w kogoś tak, jak w niego rodzice napierdalali za dzieciaka zaczarowanym kapciem, to świat w ogóle się nie zmieni.
- Błagam cię. Sześćdziesiąt sekund to gorzej jak jedna minuta. Miejże litość, kobieto - jęknął, wiercąc się jeszcze przez chwilę, co najmniej jakby miał owsiki, całkiem niedyskretnie próbując się z tej kozetki ześlizgnąć znowu. Kiedy jednak Florence ponownie mu to udaremniła, a na pewno to zrobiła, z miną obrażonego dzieciaka usiadł spokojnie na dupsku.