04.12.2023, 01:52 ✶
Świat byłby lepszym miejscem, gdyby składał się w większości z takich osób jak Menodora. Tak przynajmniej uważała Sarah, która w dotyku przyjaciółki odnajdywała głęboki spokój. Pierwszy raz od dawna mogła bez cienia strachu zbierać nachodzące ją zewsząd myśli i zastanawiała się jak właściwie młoda Crawley to robiła - skąd brała w sobie siłę, aby po tym wszystkim, co ją spotkało w młodym wieku, być bezpieczną przystanią dla kogoś pokroju Macmillan. Ułożenie sobie w głowie sprawy Charles'a Rookwooda nie należało do najłatwiejszych spraw i chociaż głęboko w duszy wiedziała, że część tego co czuła było fikcją - przecież wszyscy pisali do kowenu w sprawie tych przeklętych wianków - zdawała sobie też sprawę z prawdy drzemiącej gdzieś w głębi roztrzaskanej duszy: lubiła go od dawna.
- Powiedziałabym laczej, że chce korzystać z tego świata, zamiast patrzeć na mnie w chwilach, kiedy naplawdę tego potszebuję.
Czy Menodora mogła jej jakoś pomóc? Co innego miałaby zrobić poza tym co już robiła?
- Już mi pomagasz. Dając mi obok siebie być.
Bo to chyba była ta najgłębsza potrzeba duszy, jakiej doświadczała nieustannie. Pocałunek? Bawieniem się lepiej? Nie, jej się to w ogóle nie kojarzyło z bawieniem się lepiej. Wychowała się jako kapłanka kowenu i może nie była jedną z charakterystycznych na sabatach tancerek, ale ciężko było odmówić jej uroku osobistego i popularności - gdzie człowieka wpędza takie myślenie jak nie w to, że skoro wszyscy się na niego patrzą, to widocznie ma coś do zaoferowania? Ale co? Skoro nigdy przy tobie nie zostawali, skoro nigdy nie tworzyli z tobą więzi na miarę tej, jaką widziała u swoich znajomych, jeżeli dla nikogo nie była na tyle ważna, aby wziąć ją pod uwagę przy planowaniu swojego życia - co ona miała do zaoferowania poza tym ciałem? Nic. Tylko to. Wolałaby chyba być nieco cichsza, ale mądrzejsza. Nieco brzydsza, ale chciana dla czegoś więcej ulotna zabawa na sabacie.
- Jakoś za dużo w mojej histohii smoków, a za mało lycerzy - odparła smutno, ale ledwie sekundę później zaśmiała się, takim lekkim, dziewczęcym chichotem. - Jak byłam młodsza, to się w nim kochałam. - Tak naprawdę to kochała się w nim nadal. Nie w takim sensie, w jakim kocha się swojego chłopaka, ale w takim sensie, w jakim wzdychasz do ulubionego celebryty. - Ale nie mów mu tego, okej?
- Powiedziałabym laczej, że chce korzystać z tego świata, zamiast patrzeć na mnie w chwilach, kiedy naplawdę tego potszebuję.
Czy Menodora mogła jej jakoś pomóc? Co innego miałaby zrobić poza tym co już robiła?
- Już mi pomagasz. Dając mi obok siebie być.
Bo to chyba była ta najgłębsza potrzeba duszy, jakiej doświadczała nieustannie. Pocałunek? Bawieniem się lepiej? Nie, jej się to w ogóle nie kojarzyło z bawieniem się lepiej. Wychowała się jako kapłanka kowenu i może nie była jedną z charakterystycznych na sabatach tancerek, ale ciężko było odmówić jej uroku osobistego i popularności - gdzie człowieka wpędza takie myślenie jak nie w to, że skoro wszyscy się na niego patrzą, to widocznie ma coś do zaoferowania? Ale co? Skoro nigdy przy tobie nie zostawali, skoro nigdy nie tworzyli z tobą więzi na miarę tej, jaką widziała u swoich znajomych, jeżeli dla nikogo nie była na tyle ważna, aby wziąć ją pod uwagę przy planowaniu swojego życia - co ona miała do zaoferowania poza tym ciałem? Nic. Tylko to. Wolałaby chyba być nieco cichsza, ale mądrzejsza. Nieco brzydsza, ale chciana dla czegoś więcej ulotna zabawa na sabacie.
- Jakoś za dużo w mojej histohii smoków, a za mało lycerzy - odparła smutno, ale ledwie sekundę później zaśmiała się, takim lekkim, dziewczęcym chichotem. - Jak byłam młodsza, to się w nim kochałam. - Tak naprawdę to kochała się w nim nadal. Nie w takim sensie, w jakim kocha się swojego chłopaka, ale w takim sensie, w jakim wzdychasz do ulubionego celebryty. - Ale nie mów mu tego, okej?
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.