04.12.2023, 02:24 ✶
Pomyślała, że nawet tak bardzo nie śmierdziało, a może to świeżo zaparzona kawa, którą czuła już na wejściu i to dziwne zjawisko habituacji węchowej maskowały wszystko co stare i nieprzyjemne. Przywitały ją ciemne oczy i dziwnie znajome, gdzieś migające w cieniach pamięci, oraz młodzieńcze lico. Zaraz...skąd ona go znała?
Pod całunem wyuczonej skromności oraz towarzyskiej nieśmiałości skrywała wiele obdartych myśli. Nie do każdych przywykła i nie z każdymi chciała witać się każdego poranka, niektórych nawet nie była świadoma obcowania w jej giętkim jak gumowa kopuła umyśle. Ale z pewną swoją cechą, z której nie była dumna, ale której zaczęła już zastawiać osobną zastawę i krzesło przy rodzinnym stole, było jej cholernie duże, napompowane ego.
Uważała, że kobietom w jej wieku chodziło tylko o jedno — o zdobycie bogatego męża, spłodzenie mu bandy głośnych dzieciorów, wyszywanie, gotowanie i zajmowanie się domem. Myślała wtedy o swojej własnej matce, która taki los sobie przyjęła i go zaakceptowała; myślała również o tym jak bardzo nieszczęśliwa musiała być w tej piedestalnej roli. Czy kiedykolwiek jej o tym powiedziała? Absolutnie nie. Ale ona, Septima przecież była inna niż wszystkie.
Ambitna!
Znająca fach w ręku!
Miła i uczynna (?)
Dobrze wychowana (bardzo duży nacisk należy skierować na to określenie)
Zatrzymując się więc na ambitnej oraz znającej fach w ręku – jako jedyna już córka swojego ojca, jednego z, dla niej absolutnie najwybitniejszego twórców różdżek w Wielkiej Brytanii, swoją naukę zaczęła już jako dziecko. Garricka podglądała w warsztacie, dłubiąc swoje pierwsze figurki zanim jeszcze wysłano ją do Hogwartu. Snycerstwem żyła i oddychała, było to jej dziedzictwem i z niego była niezwykle dumna. Nie ograniczając się jedynie do rzemiosła, bo światem naukowym również próbowała zawładnąć, choć musiała przyznać, że póki co z dużo mniejszym rezultatem.
I wtedy zjawił się on.
Gdyby przeklinała, zaznaczyłaby przestrzeń siarczystym “kurwa”, które by najpewniej pomogło, ale przecież nie tak ją wychowano i potem kiszono w niezwykle przyzwoitych, domowych pieleszach, więc zamiast wydrzeć z siebie prymitywną emocję, zaczęła gotować się w narastającej irytacji.
Przymknęła oczy (tak, w tej sytuacji potrafiła znaleźć kilka zbędnych sekund) i zaczęła odliczać do dziesięciu. Wdech, wydech.
Całe szczęście skóra i kości nie interesują korników.
WDECH.
WYDECH.
Już miała brnąć w klasyczne „czy mogę poprosić kierownika”, ale malujący się na młodzieńczych wargach szyderczy uśmieszek uświadomił ją, że kierownik, tudzież właściciel właśnie ją powitał. Ta szydera jeszcze bardziej podjudziła, ale przecież nie należała do eksplozyjnych krzykaczek, a przynajmniej tak jej się wydawało.
Cisnęła w niego spojrzeniem zrodzonym z gromów i gdy tylko już planowała zaniechać pytania o wolny kominek, tudzież tylne wyjście, za sobą usłyszała trzask drzwi. Nie musiała się odwracać, wiedziała do kogo należą ciężkie stąpnięcia i głośne sapanie.
Wdech, wydech.
—Mój drogi, przyniosłam ci podwieczorek— powiedziała nagle, siląc się na przyjemniejszy, choć piskliwszy ton głosu. Zbliżyła się o kilka kroków, zesztywniałą niczym drewniany pal, ręką głaskając go po ramieniu. Trochę jakby był milutkim kotkiem, ale jednak bezpańskim, brudnym i całkiem możliwe, że zakażonym wścieklizną. Mógł ugryźć albo drapnąć, ale z jakiegoś powodu (och, ciekawe jakiego?) wolała być ugryziona przez taką kocią znajdę niż porwana przez starego psychola z ulicy. Kroki za jej plecami ustały, ale drzwi ponownie nie trzasnęły. Uznała, że osobnik przegląda od niechcenia asortyment zakładu.
O ile Rowle w ogóle na nią spojrzał – jej wargi miały niemo wyjawić „zapłacę ci”.
Pod całunem wyuczonej skromności oraz towarzyskiej nieśmiałości skrywała wiele obdartych myśli. Nie do każdych przywykła i nie z każdymi chciała witać się każdego poranka, niektórych nawet nie była świadoma obcowania w jej giętkim jak gumowa kopuła umyśle. Ale z pewną swoją cechą, z której nie była dumna, ale której zaczęła już zastawiać osobną zastawę i krzesło przy rodzinnym stole, było jej cholernie duże, napompowane ego.
Uważała, że kobietom w jej wieku chodziło tylko o jedno — o zdobycie bogatego męża, spłodzenie mu bandy głośnych dzieciorów, wyszywanie, gotowanie i zajmowanie się domem. Myślała wtedy o swojej własnej matce, która taki los sobie przyjęła i go zaakceptowała; myślała również o tym jak bardzo nieszczęśliwa musiała być w tej piedestalnej roli. Czy kiedykolwiek jej o tym powiedziała? Absolutnie nie. Ale ona, Septima przecież była inna niż wszystkie.
Ambitna!
Znająca fach w ręku!
Miła i uczynna (?)
Dobrze wychowana (bardzo duży nacisk należy skierować na to określenie)
Zatrzymując się więc na ambitnej oraz znającej fach w ręku – jako jedyna już córka swojego ojca, jednego z, dla niej absolutnie najwybitniejszego twórców różdżek w Wielkiej Brytanii, swoją naukę zaczęła już jako dziecko. Garricka podglądała w warsztacie, dłubiąc swoje pierwsze figurki zanim jeszcze wysłano ją do Hogwartu. Snycerstwem żyła i oddychała, było to jej dziedzictwem i z niego była niezwykle dumna. Nie ograniczając się jedynie do rzemiosła, bo światem naukowym również próbowała zawładnąć, choć musiała przyznać, że póki co z dużo mniejszym rezultatem.
I wtedy zjawił się on.
Gdyby przeklinała, zaznaczyłaby przestrzeń siarczystym “kurwa”, które by najpewniej pomogło, ale przecież nie tak ją wychowano i potem kiszono w niezwykle przyzwoitych, domowych pieleszach, więc zamiast wydrzeć z siebie prymitywną emocję, zaczęła gotować się w narastającej irytacji.
Przymknęła oczy (tak, w tej sytuacji potrafiła znaleźć kilka zbędnych sekund) i zaczęła odliczać do dziesięciu. Wdech, wydech.
Całe szczęście skóra i kości nie interesują korników.
WDECH.
WYDECH.
Już miała brnąć w klasyczne „czy mogę poprosić kierownika”, ale malujący się na młodzieńczych wargach szyderczy uśmieszek uświadomił ją, że kierownik, tudzież właściciel właśnie ją powitał. Ta szydera jeszcze bardziej podjudziła, ale przecież nie należała do eksplozyjnych krzykaczek, a przynajmniej tak jej się wydawało.
Cisnęła w niego spojrzeniem zrodzonym z gromów i gdy tylko już planowała zaniechać pytania o wolny kominek, tudzież tylne wyjście, za sobą usłyszała trzask drzwi. Nie musiała się odwracać, wiedziała do kogo należą ciężkie stąpnięcia i głośne sapanie.
Wdech, wydech.
—Mój drogi, przyniosłam ci podwieczorek— powiedziała nagle, siląc się na przyjemniejszy, choć piskliwszy ton głosu. Zbliżyła się o kilka kroków, zesztywniałą niczym drewniany pal, ręką głaskając go po ramieniu. Trochę jakby był milutkim kotkiem, ale jednak bezpańskim, brudnym i całkiem możliwe, że zakażonym wścieklizną. Mógł ugryźć albo drapnąć, ale z jakiegoś powodu (och, ciekawe jakiego?) wolała być ugryziona przez taką kocią znajdę niż porwana przez starego psychola z ulicy. Kroki za jej plecami ustały, ale drzwi ponownie nie trzasnęły. Uznała, że osobnik przegląda od niechcenia asortyment zakładu.
O ile Rowle w ogóle na nią spojrzał – jej wargi miały niemo wyjawić „zapłacę ci”.