04.12.2023, 03:28 ✶
Ulysses zmarszczył brwi, po raz kolejny zalany potokiem słów Lety. Potrząsnął głową, trochę jak pies, próbując odgonić od siebie jej irracjonalne pytanie dotyczące kolorów. Ale to wybrzmiało, jego umysł je przyjął i teraz nie potrafił nie skupić na nim uwagi.
Czy ona naprawdę zastanawiała się nad takimi rzeczami?
Zamrugał.
- Czemu? – zapytał naiwnie, gdy Cathal po raz kolejny zaproponował mu przeprowadzkę. – Czemu miałyby się pojawić plotki? Przecież pokrywałbym koszty utrzymania domu. – Od chwili, w której znaleźli razem z Danielle psa w Kniei Godryka a on tego psa przyniósł – oczywiście – do Shafiqa już to po części robił. Wyremontował salon, przerażony energią, która mogła nawiedzić niewyprowadzane przez dwa dni na spacer zwierzę.
A potem urwał, odruchowo rozglądając się za swoim ojcem, ale zamiast niego dostrzegł znajomą kobiecą sylwetkę. I zamarł z tym wiankiem w ręku. Trochę jak skamieniały patrzył jak podchodziła do stoiska. Może i Danielle nie odpisała mu na kondolencje, ale Ulysses – jak nikt inny – dobrze wiedział, że miała aż nadto powodów by mu nie tylko nie odpisywać, ale również by go żywo znienawidzić. Tylko, że o tych powodach nie wiedziała. Nie mogła wiedzieć.
A jednak wcale nie chciał przed nią uciekać, choć pewnie tak zrobiłby na jego miejscu każdy, przyzwoity człowiek. Stał i patrzył, zapominając o istnieniu Lety i Cathala, paradoksalnie pokrzepiony ich obecnością, tak jak pokrzepiony był zerwanymi zaręczynami i pomyślną wróżbą. Cieszył się. Cieszył się, że tu przyszła. Ulysses pojawił się na Lithcie z nadzieją, że spotka tu Danielle. Wystarczyłoby, by mógł na nią popatrzeć i upewnić się, że wszystko było z nią w porządku, że przetrwała śmierć ojca i traumę Beltane, że przypadkiem nie udało mu się zniszczyć w niej tego ciepła, którym emanowała. A teraz myślał o tym, że może jednak dałoby się to wszystko jakoś ułożyć. Może nawet mogliby być kimś więcej niż tylko przyjaciółmi, może nawet mógłby spróbować ją pocałować.
Napięta linia jego ramion rozluźniła się, gdy Danielle zbliżała się w ich stronę. Oczy Ulyssesa rozbłysły, pojawiła się w nich tęsknota, skrucha i radość. Gdy się odezwała, spojrzał machinalnie na trzymany w ręku wianek i włożył go na głowę. Zalało go wszechogarniające poczucie bezpieczeństwa i po raz kolejny tego popołudnia pomyślał, że może wszystko się jakoś ułoży.
- Danielle – przywitał się miękko. Chciał jej powiedzieć coś zabawnego, co mogłoby ją rozbawić. Albo coś bardzo elokwentnego, dzięki czemu wydałby się mądrzejszy niż był w rzeczywistości. Często w jej obecności nie potrafił sklecić rozsądnego zdania, ale teraz miał jej aż za dużo do powiedzenia. – Cieszę się, że cię widzę. Bardzo ładnie wyglądasz – rzucił i chociaż dostrzegł bledszą skórę i oznaki zmęczenia, to te nijak nie odejmowały jej w jego oczach. – Poznaj moich przyjaciół. To Cathal Shafiq. Archeolog – przedstawił wysokiego mężczyznę. – A to Leta Crouch. Również Archeolog – wskazał na niską czarownicę z burzą loków na głowie. – Poznajcie Danielle Longbottom. Jest uzdrowicielką. Uratowaliśmy razem psa – ostatnie zdanie brzmiało pewnie dość absurdalnie, ale Ulyssesowi wydawało się, że Cathal zrozumie, co naprawdę próbował przez to powiedzieć.
Czy ona naprawdę zastanawiała się nad takimi rzeczami?
Zamrugał.
- Czemu? – zapytał naiwnie, gdy Cathal po raz kolejny zaproponował mu przeprowadzkę. – Czemu miałyby się pojawić plotki? Przecież pokrywałbym koszty utrzymania domu. – Od chwili, w której znaleźli razem z Danielle psa w Kniei Godryka a on tego psa przyniósł – oczywiście – do Shafiqa już to po części robił. Wyremontował salon, przerażony energią, która mogła nawiedzić niewyprowadzane przez dwa dni na spacer zwierzę.
A potem urwał, odruchowo rozglądając się za swoim ojcem, ale zamiast niego dostrzegł znajomą kobiecą sylwetkę. I zamarł z tym wiankiem w ręku. Trochę jak skamieniały patrzył jak podchodziła do stoiska. Może i Danielle nie odpisała mu na kondolencje, ale Ulysses – jak nikt inny – dobrze wiedział, że miała aż nadto powodów by mu nie tylko nie odpisywać, ale również by go żywo znienawidzić. Tylko, że o tych powodach nie wiedziała. Nie mogła wiedzieć.
A jednak wcale nie chciał przed nią uciekać, choć pewnie tak zrobiłby na jego miejscu każdy, przyzwoity człowiek. Stał i patrzył, zapominając o istnieniu Lety i Cathala, paradoksalnie pokrzepiony ich obecnością, tak jak pokrzepiony był zerwanymi zaręczynami i pomyślną wróżbą. Cieszył się. Cieszył się, że tu przyszła. Ulysses pojawił się na Lithcie z nadzieją, że spotka tu Danielle. Wystarczyłoby, by mógł na nią popatrzeć i upewnić się, że wszystko było z nią w porządku, że przetrwała śmierć ojca i traumę Beltane, że przypadkiem nie udało mu się zniszczyć w niej tego ciepła, którym emanowała. A teraz myślał o tym, że może jednak dałoby się to wszystko jakoś ułożyć. Może nawet mogliby być kimś więcej niż tylko przyjaciółmi, może nawet mógłby spróbować ją pocałować.
Napięta linia jego ramion rozluźniła się, gdy Danielle zbliżała się w ich stronę. Oczy Ulyssesa rozbłysły, pojawiła się w nich tęsknota, skrucha i radość. Gdy się odezwała, spojrzał machinalnie na trzymany w ręku wianek i włożył go na głowę. Zalało go wszechogarniające poczucie bezpieczeństwa i po raz kolejny tego popołudnia pomyślał, że może wszystko się jakoś ułoży.
- Danielle – przywitał się miękko. Chciał jej powiedzieć coś zabawnego, co mogłoby ją rozbawić. Albo coś bardzo elokwentnego, dzięki czemu wydałby się mądrzejszy niż był w rzeczywistości. Często w jej obecności nie potrafił sklecić rozsądnego zdania, ale teraz miał jej aż za dużo do powiedzenia. – Cieszę się, że cię widzę. Bardzo ładnie wyglądasz – rzucił i chociaż dostrzegł bledszą skórę i oznaki zmęczenia, to te nijak nie odejmowały jej w jego oczach. – Poznaj moich przyjaciół. To Cathal Shafiq. Archeolog – przedstawił wysokiego mężczyznę. – A to Leta Crouch. Również Archeolog – wskazał na niską czarownicę z burzą loków na głowie. – Poznajcie Danielle Longbottom. Jest uzdrowicielką. Uratowaliśmy razem psa – ostatnie zdanie brzmiało pewnie dość absurdalnie, ale Ulyssesowi wydawało się, że Cathal zrozumie, co naprawdę próbował przez to powiedzieć.