Westchnięciem odbijała się na uciemiężonym licu wszechświata, tchnienie oddając w ramiona eteru – tak, jakby nie wiedziała, które emocje są prawdziwe, a które topią się w fałszu; baczne spojrzenie błękitnej toni tęczówek, wyrażało nieomal wszystko: całą feerię uczuć kowalnych w obróbce i szaleńczej nieomal potrzeby bycia. Spoglądała tym skupionym spojrzeniem na całą trójkę, a na jej wargach rozgościł się osjaniczny uśmiech – w końcu czy ktoś jeszcze pamiętał o kreśleniu swojej drogi wśród gęstych deszczy majowych?; głęboki wdech umościł się świeżym tchnieniem na dnie płuc, tak jakby miał być ostatnim. Urągliwe wygięcie warg rozszerzyło się, a w oczach zabłysły niewiadome ogniki ekscytacji.
Z wymalowanym tak ekstatycznym uśmiechem, skierowała się do Heather, szczypiąc ją pod żebra, przylegając po chwili do jej ramienia, podbródek opierając na jej barku.
– Heaaaaather – zagaiła, zupełnie jakby była już pod wpływem ognistej.
Już otwierała usta, już miała powiedzieć coś niewiadomego, przystanąć na propozycję Charlesa, ruszyć z nim w taniec, gdy poczuła liście paprotek osadzające się na jej blondwłosej głowie.
I wówczas pojawił się on, jej przekleństwo i błogosławieństwo zarazem. Gdy wianek miękko spoczął na jej splątanej fali jasnych, świetlistych niczym aureola włosów, baczne spojrzenie opadło na sylwetkę Esme, w pierwszym odruchu nie wiedząc, co powinna uczynić. Powaga stopniała na jej obliczu, oblewając policzki sowitym rumieńcem, gdy czuła na sobie jego wzrok. Paranoicznie chciała wypaść przed nim jak najlepiej i choć speszona, rozbłysła feerią barw, wargi wyginając w tym milszy uśmiech, że rozbrajająco szczery i prawdziwy w swej zasadności.
I patrzyła tak na niego przez moment, milknąc w słowach i gestach, oczy wybałuszając ponad orbity; nie liczył się już Charlie, jego ramię oplatające jej, ani ta obietnica tańca pośród płomiennych języków. A on przecież lubił ją peszyć; lubił, gdy była zawstydzona i nie wiedziała co powiedzieć; gdy w jej niewinnej uwerturze pojawiały się wyraźne wybrzuszenia. Bo Effie zakochiwała się często i gęsto, przerzucając swoje emocje to na jednego, to na drugiego mężczyznę. Nie baczyła na to, czy jest traktowana dobrze i właściwie – kochała się w ludziach rzęsiście, tak, jakby miało nie być jutra.
A Esme był jej utkanym w gwiazdozbiory obiektem westchnień od dawien i ilekroć o nim zapominała – on pojawiał się w jej życiu na nowo, z tym całym bagażem emocji i uczuć niepoprawnych. Wzięła wdech głęboki; o wiele za głęboki jak na luźną pogawędkę, nie mogąc odlepić od niego wiekuistego spojrzenia.
– E-Esme – zająkała się, chociaż przecież nigdy jej się to nie zdarzało. – Dobrze cię widzieć – rzekła głosem bezkreśnie ciepłym i miękkim; lepkim jak późnoletni sok i niemniej słodkim.
Gdyby nie był sobą, zapewne podeszłaby do niego i oplotła chuderlawymi ramionami, witając sowitym przytuleniem – teraz jednak, skonfundowana na za wielu poziomach, tym, że znowu pojawił się w jej życiu okryty barchanowym całunem emocji, nie potrafiła znaleźć właściwego dictum.
Mimowolnie chwyciła go za dłoń.
– Dziękuję – że jesteś, że wróciłeś, że znowu jesteś obok mnie – za wianek – rzekła zamiast tego i gdy tylko liście paproci usadowiły się na jej czuprynie, poczuła nagłą euforię, radość nieopisaną, która dała jej o wiele więcej kurażu, niż by sobie życzyła.
– Wybacz, Charlie, ktoś mnie najwyraźniej odbił – rzekła jowialnie, palce splatając z dłonią Esme tak, jakby zaszła jakaś wieczysta przysięga.
– Och, przepraszam – zreflektowała się po chwili, gwałtownie puszczając jego dłoń – jakby sparzyła się od samego jego dotyku.
Nie potrafiła wyartykułować więcej, aniżeli to; więcej, niż wydukane przeprosiny i nagłe, gwałtowne zawstydzenie, które rozlewało się coraz większym rumieńcem. I choć była kochliwa – całe życie czekała na kogoś, kto zdejmie z jej ust obietnicę; na kogoś, kto odznaczy się linią wyjątkowości. Miała do tego wiele cierpliwości.