04.12.2023, 12:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.12.2023, 12:39 przez Brenna Longbottom.)
– Nie, nie będą. Zwłaszcza, że właśnie zamordowano takie małżeństwo – powiedziała Brenna ponurym tonem, wyciągając z powrotem gazetę, by zademonstrować Leonowi jeden z nagłówków. Dwie osoby, mugolka i czarodziej mugolskiego pochodzenia, zginęli w nocy z przedwczoraj na wczoraj…
Jeśli te pięć dni temu ktoś miał jeszcze wątpliwości, co do tego, czy Voldemort i jego zwolennicy zamierzają działać na poważnie, to wczoraj te złudzenia musiały się rozwiać. Wraz z Mrocznym Znakiem, który rankiem zamajaczył nad jednym z domów. I Brenna naprawdę nie mogła obwiniać Parkerów o to, że zdecydowali się uciekać. Pani Parker nie mogłaby nawet się bronić, a jak jej mąż, rzemieślnik, miałby ochronić ją i ich dzieci, gdyby przed drzwiami teleportowali się śmierciożercy?
A jednak, napawało ją to gniewem, który palił wnętrzności od środka. Musieli uciekać z własnych domów, ba, z kraju, aby być bezpiecznym. Zwalczyła odruch nakazujący zacisnąć palce w pięść i zmiąć gazetę, bo nie chciała pokazać po sobie gniewu.
– Carterowie, mówisz? W takim razie może wpadnę do nich, mam jeszcze pół godziny, zanim polecę do pracy – stwierdziła, rzucając ostatnie spojrzenie na ogródek. Wciąż stały w nim donice pani Parker, zwykle o tej porze roku przenoszone przez nich do składziku na tyłach domu. Najwyraźniej nie zdołali zabrać ich ze sobą, kiedy pakowali się w pośpiechu.
Może Carterowie będą potrzebowali jakiejś pomocy z wyprowadzką. Albo, jeżeli zdecydują się zostać, pewności, że jest ktoś, do kogo mogą się zwrócić. Tylko tyle mogła zrobić. Tylko tyle: bo czuła się straszliwie bezradna wobec nadciągającej ciemności, i to mimo całego zamieszania w Ministerstwie, w którym przecież w swoim Departamencie brała udział (i nawet teraz, de facto dyżur zaczynała dopiero za trzy godziny, ale większość pracowników od tego 18 listopada przesiadywała w pracy dłużej…). Mimo rozmowy w ciemnej kuchni, gdy deszcz padał za oknami, o działaniu w cieniach, w ukryciu.
– Może to lepiej. Twój ojciec mógłby mieć problemy z powodu takiego artykułu. Ale cenię jego odwagę – dodała miękko, chociaż zastanawiała się: czy był człowiekiem odważnym czy jeszcze nieświadomym, jak poważna była sytuacja? Od tego manifestu zastanawiało ją, od kogo zaczną. Od mugolaków? Od „zdrajców krwi”? O siebie bała się średnio – każdy wiedział, że Brenna Longbottom ma przyjaciół „szlamy”, ale też gdy ktoś nie znał jej dobrze, często miał ją po prostu za idiotkę. Biegającą z pączkami i wygadującą głupoty, nie wydającą się żadnym zagrożeniem. Ale już jej brat był „na afiszach”. Godryk słynął ze swoich poglądów i był założycielem Srebrnych Różdżek, więc jasne, że będzie postrzegany jako nie tylko zdrajca, ale ktoś niebezpieczny. Wuj „zepsuł” linię krwi. Thomas był mugolakiem. Moody był znany jako auror nieprzejednany w walce z czarnoksiężnikami i jego na pewno nikt nie miał za pajaca. I tak dalej, i tak dalej…
Po kogo przyjdą najpierw?
I czy zdołają tę osobę ochronić?
Jeśli te pięć dni temu ktoś miał jeszcze wątpliwości, co do tego, czy Voldemort i jego zwolennicy zamierzają działać na poważnie, to wczoraj te złudzenia musiały się rozwiać. Wraz z Mrocznym Znakiem, który rankiem zamajaczył nad jednym z domów. I Brenna naprawdę nie mogła obwiniać Parkerów o to, że zdecydowali się uciekać. Pani Parker nie mogłaby nawet się bronić, a jak jej mąż, rzemieślnik, miałby ochronić ją i ich dzieci, gdyby przed drzwiami teleportowali się śmierciożercy?
A jednak, napawało ją to gniewem, który palił wnętrzności od środka. Musieli uciekać z własnych domów, ba, z kraju, aby być bezpiecznym. Zwalczyła odruch nakazujący zacisnąć palce w pięść i zmiąć gazetę, bo nie chciała pokazać po sobie gniewu.
– Carterowie, mówisz? W takim razie może wpadnę do nich, mam jeszcze pół godziny, zanim polecę do pracy – stwierdziła, rzucając ostatnie spojrzenie na ogródek. Wciąż stały w nim donice pani Parker, zwykle o tej porze roku przenoszone przez nich do składziku na tyłach domu. Najwyraźniej nie zdołali zabrać ich ze sobą, kiedy pakowali się w pośpiechu.
Może Carterowie będą potrzebowali jakiejś pomocy z wyprowadzką. Albo, jeżeli zdecydują się zostać, pewności, że jest ktoś, do kogo mogą się zwrócić. Tylko tyle mogła zrobić. Tylko tyle: bo czuła się straszliwie bezradna wobec nadciągającej ciemności, i to mimo całego zamieszania w Ministerstwie, w którym przecież w swoim Departamencie brała udział (i nawet teraz, de facto dyżur zaczynała dopiero za trzy godziny, ale większość pracowników od tego 18 listopada przesiadywała w pracy dłużej…). Mimo rozmowy w ciemnej kuchni, gdy deszcz padał za oknami, o działaniu w cieniach, w ukryciu.
– Może to lepiej. Twój ojciec mógłby mieć problemy z powodu takiego artykułu. Ale cenię jego odwagę – dodała miękko, chociaż zastanawiała się: czy był człowiekiem odważnym czy jeszcze nieświadomym, jak poważna była sytuacja? Od tego manifestu zastanawiało ją, od kogo zaczną. Od mugolaków? Od „zdrajców krwi”? O siebie bała się średnio – każdy wiedział, że Brenna Longbottom ma przyjaciół „szlamy”, ale też gdy ktoś nie znał jej dobrze, często miał ją po prostu za idiotkę. Biegającą z pączkami i wygadującą głupoty, nie wydającą się żadnym zagrożeniem. Ale już jej brat był „na afiszach”. Godryk słynął ze swoich poglądów i był założycielem Srebrnych Różdżek, więc jasne, że będzie postrzegany jako nie tylko zdrajca, ale ktoś niebezpieczny. Wuj „zepsuł” linię krwi. Thomas był mugolakiem. Moody był znany jako auror nieprzejednany w walce z czarnoksiężnikami i jego na pewno nikt nie miał za pajaca. I tak dalej, i tak dalej…
Po kogo przyjdą najpierw?
I czy zdołają tę osobę ochronić?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.