Takie naciskanie na drugą stronę, bo coś wydawało nam się dobre albo złe, rzadko kiedy przynosiło dobre skutki. Można było przekazać swoją opinię, nakierować, że może to nie jest najlepsza decyzja, ale mając tak naprawdę jedynie ochłapy informacji i wizję jedynie z jednej strony, i to niepełną, można było narobić tylko szkód. I ileż można było tego słucha; to też nie tak, że Victoria się motała, że raz była na nie, raz na tak, raz na nie, znowu na tak i tak w kółko – była kobietą, która raczej nie rzuca pochopnie słów na wiatr. Nie wiadomo wcale co przyniesie przyszłość, Victoria tego nie wiedziała, tak jak z tyłu głowy miała przeświadczenie o kruchości ludzkiego życia, tym bardziej podbite doświadczeniem Limbo na własnej skórze i spotkaniem z martwymi. Czy to, że była Zimna, ją w końcu nie zabije? Ile miała tak naprawdę czasu? To przez wizytę w Limbo przestała się wzbraniać, wiedziała to, bo wtedy zrozumiała, że może zginąć w każdej chwili, a raz się żyje. Dlatego tak ją martwiło to, że Sauriel dostał drugą szansę na życie, a tak naprawdę to co z nią robił? Marnował ją. „Roztrwoniła miłość ziemską, odsprzedała przeniebieską.” Ale to fakt, nie chciała o tym słuchać w kółko, drażniło ja to niepomiernie. Że podjęła swoją decyzję i jest ona tak krytykowana przez bliskie jej osoby – ale kiedy pozwalała, by to inna osoba kierowała jej życiem, to też nie było dobrze. Nie dało się zadowolić wszystkich. I naprawdę nie była gotowa na słowa krytyki, nie kiedy w końcu nabrała odwagi na rozwinięcie skrzydeł tak, jak umiała, nie wtedy, gdy w końcu w jakiś sposób postawiła się rodzinie – i stawiała przy tym swoje pierwsze, chwiejne kroki.
Nagła propozycja Laurenta zupełnie ją zaskoczyła. W biegu wszystkiego co się działo, zapomniała dać sobie jakikolwiek odpoczynek, taki prawdziwy, a nie wymuszony zwolnieniem od lekarza z powodu niezdolności do wykonywania pracy. Było widać jej zaskoczenie, bo zamrugała oczami, jakby opowiedział jej jakąś całkowicie egzotyczną nowość, jakby słowa, które wypowiedział, usłyszała pierwszy raz w życiu i próbowała zrozumieć ich znaczenie. Właściwie… dlaczego by nie? Czy była coś winna Ministerstwu i ludziom? Czy nie mogłaby wziąć urlopu i wyjechać, odpocząć, nabrać dystansu?
– We Włoszech? – powtórzyła za nim, kiedy już zbliżył się do niej i ją przytuliła, a Victoria mogła poczuć pod palcami jego gładką skórę. – Czemu nie – uśmiechnęła się, czego nie mógł zobaczyć, ale usłyszeć już tak. Victoria doskonale wiedziała, że Laurentowi bardzo się Włochy podobały. – Bardzo chętnie. Dawno gdzieś razem nie byliśmy – powiedziała i pozwoliła na to, by chwilę tak się obejmowali, nim nie tknęło ją, że przecież musi mu sprawiać dyskomfort swoim chłodem. Dość gwałtowanie zabrała ręce i się odsunęła. – Wybacz, ciągle zapominam jaka jestem zimna – wiedziała, że można się do tego przyzwyczaić, tak jak ona przyzwyczaiła się do Sauriela, chociaż ich kontakt fizyczny był raczej sporadyczny. – To ja dziękuję – powiedziała cicho i z jakąś taką czułością spojrzała w oczy Laurenta. Jakaż szkoda, że nie można sobie wyło wybrać, w kim się zakochało, prawda? Oboje mogliby mieć dużo prostszą sytuację w życiu, jednak… serce nie sługa.
– Nigdy nie jest się dokładną kopią – odpowiedziała na jego słowa, bo choć wypowiedziane bez żalu, to skoro nie sprawiało mu to przyjemności, to chciała coś na ten temat powiedzieć. – Można być podobnym, ale to nigdy nie jest jeden do jednego. To mogą być małe rzeczy. Mi też mówią, że jestem skórą ściągniętą z matki, ale nie mogłybyśmy być bardziej od siebie inne – czyżby? W głębi serca Victoria widziała pewne cechy, które z matką dzieliły. Ale rzeczywiście nie były takie same, tak z wyglądu jak i z charakteru. No i przy tym nadal w jakimś tam stopniu nosiła też cechy ojca – jak oliwkowa cera. – Mi się podobasz taki jaki jesteś, o ile to cokolwiek znaczy – bo może go to nie obchodziło. Ale tak było. Może nie był mężczyzną w jej typie, ale tak w gruncie rzeczy, to nie patrzyła na ludzi w ten sposób – czy ktoś jest albo nie w jej typie.
Pozwoliła sobie na delikatne przejechanie dłońmi po klatce piersiowej i piersiach Laury – jednak nie był to w żadnej mierze dwuznaczny gest, czy taki, który niósł za sobą jawną intencję grzechu, lecz chciała wyczuć czy wszystko dobrze leży, odpowiednio ponaciągać paseczki, sprawdzić, czy wszystko przylega tam, gdzie ma przylegać – jak najlepiej bez czarów wszystko dopasować. Miała nadzieję, że majtki jakie mu wcisnęła, nie będą mu spadać, bo były do kompletu z biustonoszem. Jakby tak stanąć z boku, to kim dla siebie byli, skoro Victoria pożyczała mu swoją bieliznę? Bo to już mocno wykraczało za zwykłą… jakąś tam znajomość.
– Może… Ale wierz mi, wystarczyłoby, że twój ojciec powiedziałby kilka zdań, które nie spodobały się Isabelli, albo zrobiłby coś nie po jej myśli… – mruknęła. Kto wie? Może w przeszłości mieli ze sobą styczność? Może Isabella tak go nie cierpiała, że teraz po prostu nie wchodzili sobie w drogę? Bo jakoś tak to się jawiło w głowie Victorii – że pomimo jak widać podobnych metod wychowawczych, to raczej nie pałaliby do siebie miłością.
Zaraz pomogła Laurentowi przywdziać jej sukienkę, odpowiednio naciągnąć materiał, wszystko pozapinać, wygładzić… Spojrzała na niego z odległości kilku kroków i się uśmiechnęła.
– Oczywiście, że będzie, ale tak cię stąd nie wypuszczę. Bez odpowiedniego uczesania i makijażu to ta czerwień cię przytłoczy i w niej zginiesz – bo była wyzywająca, a Laurent miał taką delikatną urodę… Nie zamierzała mu robić żadnej tapety typu szpachla, a spróbować podkreślić te jego piękne niebieskie oczy i leciutko zaróżowione policzki. Blond naprawdę dobrze pasował do czerwieni. – Chcesz zrobić jakieś zdjęcia przed i po?
– Tak mi przyszło do głowy… – mruknęła w trakcie, kiedy już miała naszykowane wszystkie kosmetyki, Laurent siedział rozwalony na fotelu, a Victoria nawet wepchnęła kolano na siedzisko, by wygodniej się nachylić nad przyjacielem, któremu właśnie łaskotała delikatnie pędzelkiem powieki, nakładając i rozcierając cienie. – Widzę, że ci się podoba i tak sobie pomyślałam… A co jeśli byś mi zostawił trochę swoich włosów z teraz? Mogłabym uwarzyć dla ciebie eliksir wielosokowy i może mógłbyś częściej wchodzić w tę wersję? Wiesz… Nie mówię, że to by na pewno podziałało, to w końcu kawał poltergeista, ale może akurat…? Co byś powiedział na taki eksperyment? – nie dało się zaprzeczyć, że myśli Victorii często schodziły do eliksirów, do warzenia, do… od jakiegoś czasu tez do eksperymentowania. Bawiła się miksturami w kwietniu, testując różne warianty i składniki, żeby dla Shafiqa uwarzyć eliksir powodujący zapomnienie rzeczy do godziny wstecz. I ciągle myślała nad substytutem krwi — nawet jeśli nie zagłuszyłoby to głodu wampira (nic nie mogło go zagłuszyć… oprócz kamienia filozofów najwyraźniej), to mogłoby zapewnić przeżycie, w przypadku braku dostępu do czyjejś tętnicy. Tak samo jak myślała nad czymś, co powodowałoby miejscowy zanik bólu… To przyjacielowi miałaby nie zaproponować małego eksperymentu? Może niepotrzebnie robiła mu nadzieję, chociaż wyraźnie zaznaczyła, że nie wie, czy to w ogóle podziała, ale… dawała mu taką opcję. Mogli zobaczyć, co z tego wyjdzie, prawda? A myśli Victorii jak zwykle pofrunęły po różnych meandrach, wymyślając wciąż nowe rzeczy. Pod tym względem na pewno się nie zmieniła.