- No już. Nie bocz się na mnie. - Lekko klepnął Leona w ramię z miną jakby nic się nie stało. Przecież wypadałoby powiedzieć, że poszanowanie cudzej prywatności było bardzo ważne, ale to niekoniecznie tyczyło się samego Caina. Czasem można by było wpisać go w rangę nadopiekuńczo-upierdliwy, kiedy potrafił robić niektóre rzeczy "dla dobra sprawy" niekoniecznie z kimkolwiek konsultując i pytając, czy dla niego to naprawdę będzie dobre. - Skoro są takie warte zobaczenia to może właśnie dlatego je ominę. - Spojrzał w tamtym kierunku, gdzie niektórzy przystawali przed płomieniami. Zobaczenie prawdy było czasem obarczone kosztami, za które nie byliśmy gotowi płacić. - Kiedyś wrócicie, ale może przesilenie zimowe was zastanie. - Podłapał żart od strony Olivii, która zasugerowała, że Leon może się tam... zapatrzeć. Zauroczyć w ogniu, który miał odsłonić rąbka tajemnicy z dziedziny, która go interesowała. Która płynęła w jego krwi. Może wszyscy Bletchleyowie byli po prostu dziwakami.
- Mnie za to niee lubi żadna roślina, nawet kaktusy usychają w moich dłoniach. - Albo zostają przelane. W jedną albo drugą stronę. Szkoda mu było trochę (ale tylko czasami) bo lubił kwiaty, tylko za cholerę nie miał do nich ręki. Do zwierząt zresztą też nie bardzo. Na szczęście do posiadania żadnego zwierzaka nie aspirował. Z różnych względów. Roślinka, kiedy ci zdechnie, nie jest tak problematyczna w wyrzuceniu jej. - Czy ty jesteś tego pewna? - Zniżył podbródek, żeby wyjrzeć szarymi oczami zza okularów, przesuwając je niżej na nosie, na kobietę. Wypowiedzenie tego magicznego zdania o zmianie kadzideł na perfumy - ha! - Wyobraź sobie zmieszany zapach perfum męskich i kadzideł. Nie podołasz. - Zapachowi, rzecz jasna. Raczej: smrodowi. Bo to było jasne, że Leon z kadzideł nie zrezygnuje. - Ale mógłbyś się wysilić dla partnerki. Dwa ruchy różdżką, psik perfumem i dopiero idziesz na spotkanie. - Cain sam nie był osobą, która perfum używała, chyba że na specjalne okazje. Wtedy potrafił się coś tam... psiknąć. Jego partnerka na szczęście nie chciała, żeby nimi pachniał. Głównie dlatego, że jej nie miał. A jedna taka Wrona, która się koło niego kręciła, miała tak pojebane fetysze, że zapach to było przy tym nic.
- Ze słodyczami? - Zainteresował się żywo. Bo był łasuchem, tak. - Oddeleguję się w takim razie. Miłej randki. - Nasunął znów okulary i skierował się do ognisk z myślą, że na Lithcie na pewno są pyszności różne wszelakie najlepszych wyrobów. I byłby nawet się tam skierował, faktycznie spojrzał w ogniska, gdyby nie to zamieszanie, które zwróciło jego uwagę. Osoby, które brały w tym udział, złapały go tym konkretniej.
- Mój szczęśliwy dzień, wpadam na samych krewnych. - Skierował się do Patricka, uśmiechając się w ten specyficzny dla siebie sposób. Sympatyczny, jak można by to było nazwać. W większości to był już bardziej odruch niż cokolwiek innego. Jego oczy zza ciemnych okularów przeciwsłonecznych nie spoglądały jednak na Patricka. Skierowane były na Edga. Przesunął je zaraz na nieznajomą kobietę. Byli prowadzeni jak dwójka dzieciaków przez złego ojca do kąta, żeby tam przemyśleli swoje zachowanie. Zerknął za ramię Patricka - tamtejsze zbiorowisko już się rozchodziło. Włącznie z głównym zainteresowanym tematem - Chesterem Rookwoodem. Ile szczęścia miał Edge i jego towarzyszka tej niedoli to nawet nie zdawali sobie z tego sprawy. Mimo całkowicie rozluźnionej postawy w środku był nieco spięty, gdy oglądał znikające wśród kolorowych ubrań plecy aurora. - Jak bardzo przeskrobali? - Ubrany w czerń aurorów z srebrnymi dodatkami Cain miał bardzo luźno wiszący krawat, odpięte górne guziki na szyi i podwinięte rękawy. Przez odpięte guziki widać było kamień szlachetny, który nosił niemal zawsze na rzemieniu na szyi. - Na litość boską przestań, to mój kuzyn. - Zwrócił się bezpośrednio do Edga. - Zajmę się nimi. I w razie czego tym upierdliwcem też. - Skinął na tłum za plecy. Ściągnął okulary z nosa i przestał się uśmiechać, spoglądając na Patricka. Pewnych rzeczy nie było sensu ukrywać. Wystarczyło tylko spojrzeć na aury... i na nić, która wiązała go z mężczyznom, którego Patrick trzymał.