Nie działał seks. Nie działało omijanie tematu. Co miał zrobić? Naprawdę miał powiedzieć prawdę?
Czego on właściwie chciał? To pytanie nie dawało mu spokoju.
W takich momentach wracał do niego fakt, że Alexander był kimś całkowicie poza jego ligą. Nie mógł czuć się tutaj wyjątkowy - procesy myślowe zachodzące w głowach osób, które kręciły się wokół niego jak księżyce wokół planety, stanowiły dla niego jedną, wielką zagadkę. Mogli mieć każdego, mogli chwycić się tylu miłych osób i nie puszczać, a wybierali jego. To natomiast pchało go do obnażenia się przed samym sobą z innej prawdy, w normalnych warunkach skrzętnie skrywanej pod warstwami krzywego uśmiechu - niesamowicie to lubił. Nie chodziło tutaj o bycie podziwianym, nigdy tego w życiu nie potrzebował. Dobrze przyjmował sporadyczne komplementy, bo kto by ich nie łaknął, szczególnie w takim pierwszym okresie zauroczenia. Chciał też być docenianym za swoją pracę. Ale być podziwianym? Nie istniał żaden powód, żeby go podziwiać. Najwyraźniej istniało wiele powodów, żeby go pragnąć, a on nieco sadystycznie podziwiał to, co udawało mu się robić z innymi osobami. Czy gdyby odwalił tu teraz jakiś teatrzyk skrzywdzonego dzieciaka, to Al padłby na kolana i przepraszał go za wszystko, za te gorzkie słowa i zarzucanie mu złej woli? To było magiczne, to było podniecające, jak oboje wybaczali mu jedną rzecz za drugą. Porzucenie na tyle lat - ile w obojgu musiało tlić się gniewu, a i tak wystarczył tydzień, żeby zapraszali go do łóżka i rozkładali przed nim nogi. Uwielbiał to. I jego najgorsza wersja chciała testować te granice dalej. Zanim to zgaśnie. Zanim sobie pójdą. Zanim go zostawią i spróbują ułożyć sobie życie z kimś normalnym, niewybrakowanym. Kimś, kogo dało się kochać.
Bo jego się przecież nie dało kochać. To wszystko, co oni do niego czuli było złudzeniem, ułudą. To zniknie, jak każde szczęście w jego życiu. On o tym nie myślał, ale wiedział to - kultywował to nieświadomie jak prawdę objawioną, najtrwalszą prawdę własnej egzystencji - tam na końcu nikt go nie wybierał.
- Nie wiem, co zrobić, Al. Równie dobrze mogę umrzeć w drodze do sklepu, co udowodniła mi ostatnia przygoda z Bulstrodem. Mogę ci obiecać, że chcę wrócić, kiedy to przestało się liczyć?
Użył „chcę” nieświadomie. Nie, on nie chciał nawiązać do ich rozmowy, on celowo dobrał słowa tak, żeby nim zmanipulować, ale bardzo szybko tego pożałował. Dotyk jego ręki był tak ciężki, że momentalnie zrobiło mu się duszno i gorąco. Dlaczego myślał o nim w takich kategoriach? Co mu w ogóle strzelało do łba? Alexander był kimś więcej niż kimś, kim mógł się bawić i sprawdzać jego reakcje.
- Przyniosłem ci coś. Miałem dać ci to wczoraj, ale poszedłeś spać. - Może to będzie jakakolwiek rekompensata za te okropne rzeczy, które myślał, wpatrując się w znajdującą się tuż obok, skąpaną w świetle księżyca sylwetkę? Wstał z łóżka, żeby podejść do swojej kurtki. W wewnętrznej kieszeni trzymał praktycznie wszystkie swoje rzeczy, więc nie dziwiło, że musiał tam trochę pogrzebać, zanim wyciągnął z niej małe lusterko. Aktualnie posiadał ich przy sobie trzy. Jedno do ciemnoszarej pary przekazał już Cainowi. Swoje dwa zdążył już przerobić - połączyć je w jedno, żeby nosić je jak lusterko składane. Ostatnie należało do Alexandra, tylko Alexander jeszcze o tym nie wiedział.
Zanim do niego wrócił, napił się jeszcze dwa łyki alkoholu, który trzymał tam na czarną godzinę. Przełknął je głośno, co było zwiastunem tego, że będzie od niego śmierdzieć wódką. Stanął naprzeciw tego łóżka i wyciągnął do brata dłoń, podając mu ten prezent.
- Reaguje na moje imię. - Powiedział, po czym poprawił się: Na Fleamont, nie na Flynn. Nie chcę, żeby ktoś jeszcze go używał. - Nie wyjaśnił tego, że były częścią zapłaty za to, że ostatecznie zgodził się pomóc Severine z jej problemem. Nie uznał tego za istotne.
Stał tak jeszcze chwilę, wpatrując się w swojego brata, aż wreszcie rzucił, trochę bardziej jak rozkaz niż prośbę:
- Przesuń się do ściany i odwróć do niej twarzą. - Jeżeli Alexander to zrobił, Flynn położył się za jego plecami i objął go ręką ciasno. Sam wsparł się na łokciu, żeby pochylić się nad jego uchem, bo to była ich pozycja, w której lubił do niego mówić. Jeżeli nie, to nadal nad nim stał. Nie ruszał się nigdzie.
Czego on właściwie chciał? To pytanie nie dawało mu spokoju.
W takich momentach wracał do niego fakt, że Alexander był kimś całkowicie poza jego ligą. Nie mógł czuć się tutaj wyjątkowy - procesy myślowe zachodzące w głowach osób, które kręciły się wokół niego jak księżyce wokół planety, stanowiły dla niego jedną, wielką zagadkę. Mogli mieć każdego, mogli chwycić się tylu miłych osób i nie puszczać, a wybierali jego. To natomiast pchało go do obnażenia się przed samym sobą z innej prawdy, w normalnych warunkach skrzętnie skrywanej pod warstwami krzywego uśmiechu - niesamowicie to lubił. Nie chodziło tutaj o bycie podziwianym, nigdy tego w życiu nie potrzebował. Dobrze przyjmował sporadyczne komplementy, bo kto by ich nie łaknął, szczególnie w takim pierwszym okresie zauroczenia. Chciał też być docenianym za swoją pracę. Ale być podziwianym? Nie istniał żaden powód, żeby go podziwiać. Najwyraźniej istniało wiele powodów, żeby go pragnąć, a on nieco sadystycznie podziwiał to, co udawało mu się robić z innymi osobami. Czy gdyby odwalił tu teraz jakiś teatrzyk skrzywdzonego dzieciaka, to Al padłby na kolana i przepraszał go za wszystko, za te gorzkie słowa i zarzucanie mu złej woli? To było magiczne, to było podniecające, jak oboje wybaczali mu jedną rzecz za drugą. Porzucenie na tyle lat - ile w obojgu musiało tlić się gniewu, a i tak wystarczył tydzień, żeby zapraszali go do łóżka i rozkładali przed nim nogi. Uwielbiał to. I jego najgorsza wersja chciała testować te granice dalej. Zanim to zgaśnie. Zanim sobie pójdą. Zanim go zostawią i spróbują ułożyć sobie życie z kimś normalnym, niewybrakowanym. Kimś, kogo dało się kochać.
Bo jego się przecież nie dało kochać. To wszystko, co oni do niego czuli było złudzeniem, ułudą. To zniknie, jak każde szczęście w jego życiu. On o tym nie myślał, ale wiedział to - kultywował to nieświadomie jak prawdę objawioną, najtrwalszą prawdę własnej egzystencji - tam na końcu nikt go nie wybierał.
- Nie wiem, co zrobić, Al. Równie dobrze mogę umrzeć w drodze do sklepu, co udowodniła mi ostatnia przygoda z Bulstrodem. Mogę ci obiecać, że chcę wrócić, kiedy to przestało się liczyć?
Użył „chcę” nieświadomie. Nie, on nie chciał nawiązać do ich rozmowy, on celowo dobrał słowa tak, żeby nim zmanipulować, ale bardzo szybko tego pożałował. Dotyk jego ręki był tak ciężki, że momentalnie zrobiło mu się duszno i gorąco. Dlaczego myślał o nim w takich kategoriach? Co mu w ogóle strzelało do łba? Alexander był kimś więcej niż kimś, kim mógł się bawić i sprawdzać jego reakcje.
- Przyniosłem ci coś. Miałem dać ci to wczoraj, ale poszedłeś spać. - Może to będzie jakakolwiek rekompensata za te okropne rzeczy, które myślał, wpatrując się w znajdującą się tuż obok, skąpaną w świetle księżyca sylwetkę? Wstał z łóżka, żeby podejść do swojej kurtki. W wewnętrznej kieszeni trzymał praktycznie wszystkie swoje rzeczy, więc nie dziwiło, że musiał tam trochę pogrzebać, zanim wyciągnął z niej małe lusterko. Aktualnie posiadał ich przy sobie trzy. Jedno do ciemnoszarej pary przekazał już Cainowi. Swoje dwa zdążył już przerobić - połączyć je w jedno, żeby nosić je jak lusterko składane. Ostatnie należało do Alexandra, tylko Alexander jeszcze o tym nie wiedział.
Zanim do niego wrócił, napił się jeszcze dwa łyki alkoholu, który trzymał tam na czarną godzinę. Przełknął je głośno, co było zwiastunem tego, że będzie od niego śmierdzieć wódką. Stanął naprzeciw tego łóżka i wyciągnął do brata dłoń, podając mu ten prezent.
- Reaguje na moje imię. - Powiedział, po czym poprawił się: Na Fleamont, nie na Flynn. Nie chcę, żeby ktoś jeszcze go używał. - Nie wyjaśnił tego, że były częścią zapłaty za to, że ostatecznie zgodził się pomóc Severine z jej problemem. Nie uznał tego za istotne.
Stał tak jeszcze chwilę, wpatrując się w swojego brata, aż wreszcie rzucił, trochę bardziej jak rozkaz niż prośbę:
- Przesuń się do ściany i odwróć do niej twarzą. - Jeżeli Alexander to zrobił, Flynn położył się za jego plecami i objął go ręką ciasno. Sam wsparł się na łokciu, żeby pochylić się nad jego uchem, bo to była ich pozycja, w której lubił do niego mówić. Jeżeli nie, to nadal nad nim stał. Nie ruszał się nigdzie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.